Ewa Brzyzga

 

 

Dossier Szkarłatnej Magnolii - prezydent Litwy Dalii Grybauskaite

Od wydawcy

Stalowa Magnolia

Osobisty wróg

Grybauskaite czy Grzybowska

Prezydent top secret

Studentka KGB

Agenci Kremla

 

OD WYDAWCY

Książka Ewy Brzyzgi pt. „Dossier Żelaznej Magnolii – prezy­dent Litwy Dalii Grybauskaite” ukazuje się tuż przed wyborami prezydenckimi na Litwie, ale bez najmniejszej ambicji wpływa­nia na wynik elekcji. Nakład publikacji o „żelaznej magnolii” jest, jak na taki cel, nazbyt skromny, a jednoczesne wydanie dwu wersji językowych, polskiej i angielskiej, wskazuje na adresowa­nie książki do zewnętrznego, europejskiego Czytelnika, który na Litwie nie ma praw wyborczych.

W chwili, gdy oczy Europy Zachodniej skierowane są na kon­flikt Ukrainy i Rosji, wybory prezydenckie na Litwie stanowią dogodną okazję, żeby zainteresować Czytelników problemami niewielkiego nadbałtyckiego kraju. Ale właśnie owa terytorialna małość sprawia, że problemy polityczne Litwy ulegają wyostrze­niu i wyolbrzymieniu, pozwalając obserwatorom zewnętrznym spojrzeć świeżym okiem na własne małe problemy i następnie łatwiej zrozumieć doniosłe wydarzenia na Krymie i na całym wschodzie Ukrainy, decydujące o przyszłości kontynentu.

Byłoby może naiwnością dawać pochopnie wiarę we wszystko to, co autorka opowiada o – by tak rzec – inspirującej roli KGB

-    FSB w biegu wydarzeń na całym Wschodzie Europy, ale też na miano nieroztropności zasługiwałoby zlekceważenie sygnałów

o mrocznych knowaniach sekretnych służb Kremla tak na Litwie, jak na Ukrainie czy w Polsce.

STALOWA MAGNOLIA

Trzydzieści siedem tysięcy sześćset pięćdziesiąt trzy złote – tyle wynosi kara nałożona przez władze Litwy na Bolesława Daszkiewicza, dyrektora administracji samorządu rejonu so- lecznickiego, położonego niedaleko stolicy Litwy – Wilna. Został ukarany za to, że na terenie swojego rejonu, który za­mieszkuje około 38 tysięcy ludzi, z czego 80 procent stanowią Polacy, wywiesił tablice z nazwami ulic w dwóch językach: li­tewskim i polskim. Liczba ludności Litwy wynosi 2 948 000 osób, z czego Polacy stanowią około 7 procent – 210 000 osób. 7 procent to negligible quantity – nieznaczna liczba ludzi, którą można zlekceważyć. A należne im prawa mniejszości obrócić w zbiorową psychozę, twierdząc, że litewscy Polacy to „piąta kolumna”, która umyślnie szkodzi państwu litewskiemu.

„Twarz wroga przeraża mnie wtedy, gdy widzę, jak bardzo jest podobna do mojej” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Dlaczego tak jest? Skąd wzięła się taka wyniosłość i podejrzliwość? Dlaczego Litwa – tak bliska Polsce zarówno niegdyś, jak i jesz­cze zupełnie niedawno – staje się coraz bardziej odległa i obca?

Dlaczego nasze stosunki nieodwracalnie się zepsuły i upadły na dno w czasach, gdy na Litwie rządzi „Stalowa Magnolia”

-    Dalia Grybauskaite, która, jak się wkrótce przekonamy, ma polskie korzenie?

Czego może oczekiwać Polska od Litwy, jeśli w maju 2014 r. jej prezydentem ponownie zostanie Grybauskaite – polityk z biografią top secret: „czerwona”, „sowiecka” Dalia, aktywist- ka Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, autorka roz­prawy doktorskiej wychwalającej ustrój radziecki, absolwentka uniwersytetu w Leningradzie, na którym – jak pisała litewska prasa – mogła uczestniczyć w zajęciach KGB i współpracować z tajną grupą szefa KGB Andropowa, wysłana również w swo­im czasie do Stanów Zjednoczonych?

Jej przeszłość nie jest jasna, a obecne metody kierowania państwem są kopią metod sowieckich (nieprzypadkowo prze­ciwnicy polityczni nadali jej przydomek „Gryboszenko”, suge­rując, że za jej rządów Litwa stała się podobna do autorytarnej Białorusi w czasach reżimu Łukaszenki).

Kim pani jest, damo w ciemnym kostiumie, zawsze zapię­tym pod szyję, która siebie i swoją biografię otoczyła tajemni­cą?

Czy rzeczywiście walczy pani z agresją „cara” Władimira, broniąc Europy przed imperialnymi ambicjami Rosji?

A może wcale nie mamy przed sobą wytworu epoki sowiec­kiej, lecz… konia trojańskiego Kremla w Europie, do dziś ak­tywnego agenta KBG?

 

OSOBISTY WRÓG

Myślę, że pana osobistym dążeniem i celem pańskiej kariery politycznej jest dyskredytacja Litwy na samej Litwie, na tej sali i na arenie międzynarodowej.

Prezydent Litwy Dalia Grybauskaite w Parlamencie Europejskim

o           eurodeputowanym Waldemarze Tomaszewskim,

-                                                    przedstawicielu Polaków na Litwie (14 stycznia 2014 r.)

Zapewne trzeba się bardzo postarać, aby zasłużyć na takie słowa wypowiedziane przez prezydenta własnego państwa. Przy tym wypowiedziane nie w cztery oczy, nawet nie poprzez MSZ, lecz publicznie do kamer telewizyjnych, słowa słyszane w całej Europie. Czy przewodniczący Akcji Wyborczej Polaków na Litwie jest wrogiem Litwy? Takie stwierdzenie w mgnieniu oka znalazło się we wszystkich litewskich mediach. Dotarło oczywiście również do polskich mediów – jednak nie na długo. My nieszczególnie uważnie przyglądamy się temu, co dzieje się u naszych sąsiadów. Bardziej niepokoi nas Trójkąt Weimarski, równowaga sił w Waszyngtonie, Moskwie czy Londynie, sytu­acja w Iranie czy Euromajdan na Ukrainie. Na to, co dzieje się bardzo blisko nas – na Litwie – patrzymy przez palce.

Mowa tu nie o samym Tomaszewskim, bo nie chodzi o tę czy inną osobę. Problemy Tomaszewskiego są jego prywatną sprawą. Zresztą ta książka nie jest jego historią…

Skandaliczna wypowiedź Grybauskaite jest ważna z innego powodu. To właśnie w niej – jak w lustrze – odbija się nie­zmienna od dziesiątków lat istota stosunków polsko-litew­skich. Istotę tę można wyrazić jednym słowem: nieufność. Na miejscu Tomaszewskiego mógł znaleźć się ktokolwiek inny.

Nawet Jarosława Czubińskiego, polskiego posła w Wilnie, nie uratowałaby jego wrodzona uprzejmość. Stosunek litewskiej prezydent do Polaków nie uległby zmianie. Istota pozostaje niezmienna. Grybauskaite nam nie wierzy, nie ufa Polakom.

Nie wierzy tylko ona, czy również oni? Jak wielu polityków na Litwie uważa, że Polacy są tam obcy? Są piątą kolumną?

I   dlaczego tak uważają?

Odpowiedź na to pytanie mogłaby zająć kilka opasłych to­mów. Wymieniona zostałaby kwestia Kraju Wileńskiego, wspo­mniano by również o Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Unii Lubelskiej, Litwie Środkowej z Planem Hymansa, o II wojnie światowej, upadku Związku Radzieckiego, a także o propozy­cjach utworzenia „autonomii polskiej” i tak dalej, i tak dalej. Im bardziej zagłębimy się w historię, tym jaśniejszy staje się fakt: związki Polski i Litwy mają wiekowe tradycje. I tym bar­dziej odczuwalny staje się dzisiejszy katastrofalnie niski po­ziom stosunków między naszymi krajami.

Bolesław Daszkiewicz – szef administracji rejonu solecz- nickiego, w którym 80 procent mieszkańców stanowią Polacy, stwierdził, że będzie musiał sprzedać mieszkanie, by zapłacić nałożoną na niego karę w wysokości 37,6 tys. zł. Jego wy­stępek jest następujący: Daszkiewicz pozwolił mieszkańcom umieszczać na swoich domach tablice z nazwami ulic zarówno w języku litewskim, jak i polskim. W ten sposób „Svencioni^ gatve” zamieniła się w „ulicę Święciańską”, a „Baznycios gatve” – w „ulicę Kościelną”.

Takich tabliczek jest wiele – wiszą one w miejscowościach: Kalesninkai (Koleśniki), Daugidonys (Dowgidańce), Purvenai (Purwiany), Mantviliskes (Montwiliszki), Eisiskes (Ejszyszki), Dieveniskes (Dziewieniszki), Jasiunai (Jaszuny), Zagarine (Żegaryno), Turgeliai (Turgiele), Salcininkai (Soleczniki), Pabrade (Podgrodzie), Tetenai (Tetiańce), Baltoji Voke (Biała Waka) i Rudninkai (Rudniki). W rejonie solecznickim znajdu­je się również małe miasteczko Jasiunai (Jaszuny), w którym mieszka wiceminister energetyki Litwy Renata Cytacka. Po nałożeniu kary na Daszkiewicza z fasady jej domu zniknęła tabliczka z litewską nazwą ulicy: „Mykolo Balinskio”. Zamiast niej pojawiła się polska wersja – „ul. Michaiło Balińskiego”. To protest.

Cytacka zasłynęła na Litwie tym, że po skandalu w Parla­mencie Europejskim, podczas rozmowy o sytuacji Polaków na Litwie nazwała Grybauskaite kłamcą. Grybauskaite ogło­siła w Parlamencie Europejskim, że mniejszości narodowe na Litwie nie mają problemów. Dlatego zasłużyła na taką ocenę Cytackiej – nie tylko osobistą, pełną emocji, lecz również ofi­cjalną. Litewscy Polacy wysłali do komisarza OBWE do spraw mniejszości narodowych Knuta Volleb^ka, przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso oraz przewodniczą­cego Europarlamentu Martina Schulza pismo, w którym napi­sali: „Prezydent Grybauskaite publicznie oszukała wspólnotę międzynarodową i członków UE, mówiąc, że w żadnym ra­porcie żadnej organizacji międzynarodowej nie wspomniano

o  tym, że Litwa narusza prawa mniejszości narodowych. Takie wypowiedzi Pani Prezydent są dla nas szokujące, ponieważ mi­jają się z prawdą”. Prezydent oszustka? Jakże to tak?

Cytacka jest członkiem gabinetu utworzonego przez koali­cję rządzącą po wyborach w październiku 2012 r. W tej koalicji większość głosów ma Litewska Partia Socjaldemokratyczna. Jej lider, premier Litwy Algirdas Butkevicius, gdy dowiedział się

o  kwocie grzywny za wywieszone tabliczki, złapał się za gło­wę i oznajmił, że jest zdruzgotany jej wysokością. Butkevicius, którego na Litwie nazywa się „premierem grup roboczych” za nadzwyczajny talent do rozdrabniania wszystkich spraw z po­wodu przekazywania ich grupom roboczym do konsultacji (stworzył ich już blisko pięćdziesiąt), dodał później, że chciał­by spotkać się z premierem Donaldem Tuskiem. Szybko zare­agował na to minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski: „To miło, że premier Litwy wyraża chęć spotkania i rozmowy.

Byłoby jednak znacznie lepiej, gdyby Litwa rozwiązała cho­ciaż jeden z problemów dojrzewających od dwudziestu lat”. Butkevicius mu nie odpowiedział.

Od roku 2010 w litewskim Sejmie nie udaje się przyjąć po­przedniej wersji ustawy o mniejszościach narodowych, która funkcjonowała od 1991 r. Przewiduje ona, że w miejscach zbiorowego zamieszkiwania mniejszości narodowych, obok państwowego języka litewskiego, w organach samorządu te­rytorialnego i urzędach można używać również języka danej mniejszości. Ustawa ma zostać uchwalona przed początkiem lata 2014 r. Jest to tylko rozwiązanie tymczasowe – w dalszej perspektywie Polacy mieszkający na Litwie proponują wpro­wadzenie zapisów na poziomie ustawodawczym, które pozwa­lałyby na przykład na wywieszanie napisów w dwóch języ­kach w tych regionach, w których co najmniej jedną czwartą mieszkańców stanowi mniejszość narodowa. Polacy stanowią ponad 25 procent mieszkańców w rejonach: wileńskim, świę- ciańskim, solecznickim i trockim.

Byłoby to lustrzane odbicie sytuacji prawnej obowiązującej w Polsce, gdzie tablice w dwóch językach mogą być umiesz­czane na Górnym Śląsku przez Niemców oraz w Puńsku przez Litwinów Polska nie uważa tego zjawiska za niebezpieczne dla jej państwowości.

Natomiast dla władz Litwy 210 tysięcy litewskich Polaków po prostu nie istnieje. Przewodniczący Komitetu Międzynarodowego Sejmu Litwy Benediktas Juodka stwie- dził, że „nie widzi problemów z Polakami”. Szanowny Panie Przewodniczący, czy ma Pan kłopoty ze wzrokiem?

A oto opinia sygnatariusza aktu niepodległości Litwy – Romualdasa Ozolasa. Tych, którzy chcieli w dokumentach zapisywać imię i nazwisko w języku ojczystym nazywał. pią­tą kolumną, nie ukrywając, że ma na myśli głównie Polaków. Czy rzeczywiście Polacy, mieszkający od pokoleń na Litwie, to piąta kolumna? W roku 2011 dyrektor szkoły w miejscowości

Ejszyszki (Eisiskes) Vytautas Dailydka również określił litew­skich Polaków mianem piątej kolumny, natomiast uczniów polskich szkół porównał do członków organizacji nazistow­skiej Hitlerjugend. Dyrektor szkoły w Turgielach (Turgeliai) Ausra Voveriene poparła kolegę po fachu, stwierdzając, że sy­tuacją w rejonie solecznickim powinny zająć się służby spe­cjalne i Departament Obrony Narodowej Litwy, ponieważ „w tym kraju nie ma już Litwy”. Polskie MSZ wezwało w tej sprawie ambasadora Litwy – nic to jednak nie dało. W tym czasie służby specjalne zrobiły swoje. W 2013 r. były premier Litwy, przewodniczący partii Związek Ojczyzny – Litewscy Chrześcijańscy Demokraci Andrius Kubilius, powołując się na dane służb specjalnych, oskarżył Polaków mieszkających na Litwie o. kontakty z Kremlem.

Wcześniej było podobnie. W roku 1940 Polaków zamieszku­jących Kraj Wileński władze Litwy nazwały również piątą ko­lumną. 150 tysięcy Polaków zostało pozbawionych obywatel­stwa, a potem – jak pisze profesor Tomas Balkelis z Cambridge

-    „uchodźców polskich zaczęto zamykać w obozach koncen­tracyjnych”.

To jakiś sen wariata, deja vu.

Do chwili obecnej wszelkie próby przegłosowania usta­wy o mniejszościach narodowych były blokowane. Jej głów­nym przeciwnikiem jest partia Związek Ojczyzny – Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, którą kontroluje Vytautas Landsbergis. Teraz znajduje się w opozycji, jednak do roku 2012 była partią rządzącą. I to właśnie ona wycofała poprzed­nią ustawę o mniejszościach narodowych z 1991 r.. Landsbergis uważa, że ta ustawa ma charakter „antypaństwowy” i „nie­konstytucyjny”. W styczniu 2014 r. dał do zrozumienia, że zwolennicy ustawy to ludzie nielojalni wobec Litwy i zapro­ponował, aby zabronić im pracy w organach państwowych. Te słowa zostały wypowiedziane kilka tygodni po zakończeniu prezydencji Litwy w Unii Europejskiej.

Zarówno wtedy, jak i teraz pomyślnie udaje się blokować inicjatywy litewskich Polaków (m.in. dotyczące egzaminu z ję­zyka litewskiego). Skuteczniej od chwili gdy Związek Ojczyzny

-    Litewscy Chrześcijańscy Demokraci zaczął oficjalnie popie­rać prezydent Dalię Grybauskaite w walce o drugą kadencję. Teraz nie jest już sama.

To nie pierwszy przypadek, gdy prawicowi politycy litew­scy próbują utrudniać stosunki z Polską. „Dwadzieścia lat temu, ze względu na wysunięcie nierealnych żądań, opóźnia­ło się podpisanie umowy między Litwą i Polską. Dopiero po zmianie władzy i skutecznej interwencji prezydenta Algirdasa Brazauskasa w 1994 r. umowa została podpisana i ratyfikowa­na. Prawica o nastrojach nacjonalistycznych alarmowała wtedy

o  zdradzie Litwy. W rzeczywistości umowa z Polską otworzyła drogę do struktur zachodnich, do NATO i UE, do bezpieczeń­stwa naszego państwa. Po podpisaniu umowy przez 10-12 lat mieliśmy dobre stosunki z sąsiednią Polską – pisał w 2013 r. na portalu 15min.lt znany na Litwie dyplomata Vytautas Pleckaitis. – Sama Litwa, bez poparcia Polski, niewiele będzie mogła zrobić w sprawie Partnerstwa Wschodniego podczas swojego przewodnictwa w Radzie UE. Głos Litwy w sprawach Ukrainy, Gruzji czy Mołdawii będzie słyszalny dopiero wtedy, gdy poprze go Polska, która w Unii ma znacznie więcej wpły­wowych przyjaciół niż Litwa”. Pleckaitis nie jest nowicjuszem w kwestiach stosunków międzynarodowych – był ambasado­rem Litwy na Ukrainie, w Mołdawii, Gruzji i Szwajcarii. Jego wypowiedź nie wymaga komentarza.

Daszkiewiczowi udało się uniknąć sprzedaży mieszkania, aby zapłacić grzywnę. On również nie jest sam. Pieniądze przywiózł mu z Warszawy przewodniczący sejmowej komisji łączności z Polakami za granicą Adam Lipiński. Daszkiewicz z pewnością poradziłby sobie sam. Jednak chodzi o coś inne­go – o symbol, znak, message: w Warszawie nie przeszła bez echa ani afera w Parlamencie Europejskim, ani grzywna, ani zablokowana ustawa. Jeszcze jedna aluzja: prezydent Bronisław Komorowski nie przyjechał do Wilna 16 lutego na święto nie­podległości, tłumacząc się chorobą. Choroba jako symbol sto­sunków polsko-litewskich…

Kiedyś stosunki liderów Polski i Litwy opisywano w nastę­pujący sposób: „Doskonale zapamiętano wizytę Brazauskasa w Polsce jesienią 1996 r…. W drodze do portu Aleksander Kwaśniewski złapał Algirdasa Brazauskasa pod ramię i razem śpiewali polskie piosenki. Zachwycony polską gościnnością Brazauskas przekonywał, że podczas tej wizyty relacje polsko­-litewskie poprawiły się jak nigdy dotąd. Kwaśniewski nazywał Brazauskasa swoim litewskim ojcem, który wszystko rozumie i okazuje wsparcie”.[1]

Tak serdecznie bywało dawniej. Obecnie wydaje się to nie­możliwe.

„Utraciliśmy wszystkich swoich przyjaciół – wyczuwa się ochłodzenie” – to słowa byłego prezydenta Litwy Valdasa Adamkusa wypowiedziane pod koniec roku 2013 w wywia­dzie dla gazety „Litewski Poranek” („Lietuvos Rytas”).

Jesteśmy zatruci jadem nieufności. Idziemy niczym kale­cy Bruegla, nie rozumiejąc dokąd i nie patrząc sobie w oczy Boimy się? Niepotrzebnie. Bardziej wnikliwe spojrzenie może doprowadzić do innych wniosków. Okazuje się, że prezydent Litwy Grybauskaite, która oskarżyła polskiego eurodeputo- wanego o to, że jego celem jest umyślne działanie na szkodę Litwy, sama ma polskie korzenie.

GRYBAUSKAITE CZY GRZYBOWSKA

W roku 2013 na Litwie została wydana publikacja anali­zująca biografię Dalii Grybauskaite. Jak się okazało, w jej ży­ciu jest wiele białych plam. Książkę „Czerwona Dalia”[2] napi­sała znana litewska dziennikarka telewizyjna Ruta Janutiene. Została wydana w niewielkim nakładzie 3 tysięcy egzempla­rzy, ale odbiła się szerokim echem. Tak szerokim, że Janutiene, która przygotowywała popularny program telewizyjny zatytu­łowany „Najwyższa instancja”, została wyrzucona z pracy. Co udało jej się dowiedzieć na temat Grybauskaite? Poczytajmy.

„Kim była? Jedynaczka, oczko w głowie mamy Czy mogło być inaczej? »Córka sprzedawczyni…« – rzucił mój kolega, którego ojciec był radzieckim dyplomatą. Oto, z kim prawdo­podobnie chciałaby się zamienić miejscami! Przed nim wszyst­kie drzwi w ZSRR stały otworem. Nawet szkoła dyplomatów,

o której ona – zapewne – nie mogła nawet marzyć.

Sprzedawczyni w domu towarowym była w tym czasie osobą, która mogła sprzedać (lub nie) rajstopy lepszej jakości. Nie te grube, które się marszczą, gdy tylko na nich usiądziesz, ale te cieńsze. Albo indyjskie dżinsy Milton’s – w ZSRR dżin­sów w ogóle nie produkowano. To wytwór diabła! Wynalazek Amerykanów! Nosili je tylko ci, którzy dostawali paczki od krewnych zza granicy. Puste półki w sklepach były normą, a sprzedaż swoim spod lady – zwyczajem.

Czy mama Dalii Grybauskaite była typową sprzedawczynią tamtych czasów, już się nie dowiemy. Zmarła, nie doczekaw­szy odzyskania przez Litwę niepodległości. Pierwsza żona ojca Grybauskaite – Valerija Grybauskiene – widziała tę kobietę raz w życiu. Wspominając, pani Valerija dodała: – Jego siostra (Polikarpasa) opowiadała, że ona była dość surowa. Trzymała go w ryzach, bo lubił zaglądać do kieliszka. I od kobiet nie stronił.

Dalia Grybauskaite ze zdemoralizowanym ojcem i surową matką mieszkała w centrum miasta, na ulicy Vilniaus. Choć sama publicznie nigdy o sobie nie opowiadała takich rzeczy, najprawdopodobniej naprzeciw ich domu znajdował się budy­nek Ministerstwa Transportu. Niezłe miejsce dla proletariac­kiej rodziny – kierowcy i sprzedawczyni. Choć, jak się okazuje, hultaj Polikarp swoją karierę zawodową zakończył jako kie­rowca w Ministerstwie Transportu. Powiadają, że woził wice­ministra.

Tak głosi legenda. Jak było w rzeczywistości? W Wilnie jest jeden człowiek, który nigdy nie szczędzi słów na ten temat – to dziennikarz Aurimas Drizius. Właśnie na jego stronie interne­towej po raz pierwszy opublikowano fotografię Grybauskaite z jej legitymacji partyjnej. Tę dziwną, do której przyszła prezy­dent pozuje z bujnymi (być może od trwałej ondulacji) loka­mi, w dodatku ciemnymi.

Drizius pozwolił sobie na wyrażenie wątpliwości dotyczą­cych litewskiego pochodzenia pani prezydent. Nazwiska za­równo matki, jak i ojca zostały zmienione na litewską mo­dłę. Podobnych komentarzy wiele można znaleźć również w polskich mediach internetowych: »Matka nazywa się Vitalia Korsak, a ojciec Polikarp Grzybkowski«. Aluzje dotyczące nie- litewskiego pochodzenia Grybauskaite, nafaszerowane rosyj­skimi skrótami »KGB« (bo dlaczego, jeśli nie z powodu tajnych kontaktów z obcym państwem, milczy się o swoim prawdzi­wym pochodzeniu), »Wolna Gazeta« (»Laisvas Laikrastis«) Driziusa drukowała bez cenzury Jednak bezpośredniej odpo­wiedzi z placu Daukantasa się nie doczekała.

Zatem dzwonię. Aurimas szybko odpowiada, że pytać nale­ży nie jego, lecz wyłącznie mamę brata pani prezydent, Valeriję

Grybauskiene z Szadowa (Seduva). Aurimas podyktował mi telefon do tej pani i pojemny dżip programu telewizyjnego »Najwyższa instancja« (»Paskutine instancij «) pognał w kie­runku Szadowa, żeby pomówić z kobietą, która znała ojca pre­zydent w latach powojennych.

Pozostając w redakcji, szperam w Internecie. Pierwszy rezultat – bardzo ubogi. O ile informacje o krewnych mat­ki Grybauskaite-Korsakaite jeszcze można znaleźć, o tyle Polikarpas Grybauskas to wielka niewiadoma. Można zacząć od imienia – dziwnego, ewidentnie nielitewskiego, ale w trybie pilnym zmienionego na litewską modłę. »Dalia Polikarpo« – tak pisali nawet w moskiewskich dokumentach Grybauskaite, chociaż inni Litwini stawali się tam Kazimierowiczami (synami Kazimierasa), Sauliewiczami (synami Sauliusa), Mindaugowiczami (synami Mindaugasa). A w jej przypadku pisali nie Polikarpowna, lecz »Grybauskaite Dalia Polikarpo«.

A jednak Internet to potężne medium! Aż mi dech za­parło, gdy zobaczyłam na portalu 15min.lt wywiad Sauliusa Chadaseviciusa z ojcem Grybauskaite. Są nawet fotografie. Chadasevicius pisze: »Emeryt, który w czasach powojennych spędził pięć lat na zesłaniu w Kraju Krasnojarskim, w szpitalu nie ukrywał tatuaży na swoim ciele. Na prośbę, aby objaśnił napisy, Grybauskas odpowiedział: „Kola – ja musiałem być Rosjaninem. Takie były czasy, nie mogłem być Litwinem. Byłem młody, silny A do tego miałem dobry zawód – łączno­ściowiec!”. Dodaje z uśmiechem: „Tam uważali mnie za inży­niera!”^

Nie ma co: łącznościowiec. Być może na »zesłaniu« no­sił nie tylko inne imię, ale i inne nazwisko? Jeśli Polikarpas w obozie był »rosyjskim Kolą«, to z pewnością nie o nazwisku Grybauskas. A może Grzybkowski? Sama Grybauskaite pod­czas kampanii wyborczej opowiadała o swoim ojcu i udowod­niła, że w jego dokumentach nazwisko było zapisane przez »i« (Gribauskas), a nie przez »y« (Grybauskas).

Dlaczego jednak Grybauskaite nigdy nie chwaliła się, że jest córką zesłańca Polikarpasa? To byłaby dobra przeciwwaga dla oskarżeń dotyczących jej kariery komunistycznej w czasach so­wieckich. Ale nie. »Ojciec pochodzi z rejonu kiejdańskiego«

-    tylko tyle mówiła na jego temat w czasie kampanii wybor­czej. Taką informację do dziś można odnaleźć na stronie inter­netowej prezydenckiej rezydencji. Matka Vitalija pochodzi ze wsi Latvelią w rejonie birżańskim, gdzie znajduje się wiele gro­bów Korsakasów, ojciec natomiast – ogólnie »z rejonu«, a do tego kiejdańskiego, chociaż Valeriję – swoją pierwszą żonę – poznał, będąc jeszcze niepełnoletnim w czasie gdy mieszkał w Szadowie. Im dalej w las, tym więcej drzew.

Sama Grybauskaite również podsyciła podejrzenia. W kul­minacyjnym momencie dyskusji o jej pochodzeniu wyciągnęła asa z rękawa – akt urodzenia. A tam w miejscu imienia odoj- cowskiego Polikarpasa widnieje »Vlado«. No, no. W sieci działa taka strona jak www.geni.com.

Można się na niej zarejestrować i odtworzyć swoje drze­wo genealogiczne. Siedzę wraz z historykiem Tomasem Baranauskasem. Jemy pizzę. On specjalizuje się w średniowie­czu, ale ma też inne hobby – badanie przenikania działaczy sowieckich do władz niepodległej Litwy. Przykład: Tomas na wszystkie strony sprawdzał działaczy samorządu rejonu oni- ksztyńskiego – dwóch rezerwistów KGB, z których jeden jest również absolwentem Wyższej Szkoły Partyjnej, już po ogło­szeniu niepodległości. I proszę sobie wyobrazić: ci działacze, zamieniając się nawzajem stanowiskami, rządzą do dziś.

Przeżuwamy z Tomasem pizzę. Tomas na swoim tablecie jed­nym palcem wprowadza w okienko nazwisko »Grybauskas«

  1. bingo! Jedyny wynik ze zdjęciem (do tego przewiązanym czarną wstążką – czyli osoby zmarłej): Polikarpas Grybauskas. Niejaki Aleksander Fiszer napracował się, odtwarzając drzewo genealogiczne rodziny Gribauskasów-Korsakasów. Znajdziemy tam i Polikarpasa, i Dalię, i wielu innych krewnych. Jako pierwsze zwracają uwagę imiona. Najwięcej z nich ma pocho­dzenie słowiańskie, z czego niektóre polskie – Kasia, Elżbieta, Jadwiga itp. W drugim rzędzie uwagę zwraca to, że większość z tych osób nie żyje.

Do tematu pochodzenia Grybauskaite bardzo pasuje pewna myśl filozoficzna mówiąca o tym, że do przeszłości nie ma po co wracać, bo tam nikt już i tak na nas nie czeka. Nie ma świadków, którzy mogliby coś potwierdzić lub czemuś zaprze­czyć.

Trzeba zatem polegać na tym, co mamy. Według danych pana Fiszera Polikarpas Grybauskas pochodzi nie z Kiejdan, jak twierdzi jego córka, ale ze wsi Liaubarą w rejonie rosień- skim. A jego ojciec nazywał się nie Vladas, lecz Vladislavas. Być może ona sama nie wie, kim w rzeczywistości był jej oj­ciec? Przecież mówiła, że po śmierci Polikarpasa Grybauskasa przeglądała dokumenty i stwierdziła ze zdziwieniem, że w jego nazwisku jest »i« zamiast »y«.

Bardzo to dziwne. W języku litewskim jest słowo »grybas«. Ale »gribas«?

W języku rosyjskim fonemów nie określa się na podstawie długości ich wymowy, choć w słowie »гриб« dźwięk »и« jest raczej krótki niż długi. Istnieje więc możliwość, że – na przy­kład przed pierwszym ślubem – pan Grybauskas zapisywał swoje nazwisko »Грибовский«. Albo »Grzybowski« – jeśli po polsku.

Nazwisko panieńskie matki – Korsakaite – z historycznego punktu widzenia musiało brzmieć »Korsak«, ponieważ rów­nież nie jest pochodzenia litewskiego”.

Korsak! Zatem jej matka była Polką. Czy z litewskich Polaków? Z tych, którym obecnie na Litwie zabrania się za­pisywania nazw ulic i nazwisk w dokumentach w języku oj­czystym? Czy w domu rodzice rozmawiali z córką po polsku? Interesujące.

„Kontynuujemy z Tomasem przeszukiwanie stron. Możliwe, że ten »Aleksander Fiszer« pochodzi z otoczenia »impera- torowej«. Zaczął tworzyć drzewo genealogiczne rodziny Gribauskasów-Korsakasów jeszcze przed wyborami prezydenc­kimi, gdy tylko pojawiły się wątpliwości co do pochodzenia Grybauskaite. Ostatnie dane były przez niego wprowadzone już w maju 2013 r. Co zatem widzimy? Jeden z braci babci

-      matki ojca Julijany Grybauskiene (Vainilaviciute) zmarłej w wieku 46 lat – nazywał się Tadeusas Vainila(o)vicius.

Julijana, Tadeusas, Kasia. A pogadać nie ma z kim. Od strony Polikarpasa Grybauskasa jego córka Dalia miała tyl­ko ciotkę w Szadowie, która urodziła cztery córki – jej ku­zynki. Nikogo więcej. Ani jednej żywej duszy. Potwierdziła to pierwsza żona Polikarpasa Valerija, gdy odwiedzałam ją w Szadowie.

W odpowiedzi tym, którzy kopią w przeszłości Grybauskaite, poszukując tam śladów jej nielitewskiego pochodzenia, opu­blikowano jej akt urodzenia. Na dokumencie jest interesują­ca pieczęć. Urodzonej w roku 1956 Dalii 17 marca 1972 r., czyli po ukończeniu 16. roku życia, wydano paszport obywa­telki ZSRR. Oglądamy inne dokumenty z akt Grybauskaite w Wyższej Szkole Partyjnej. Akurat w tym samym czasie

16-                      letnia Dalia odbyła pierwszą podróż za granicę. Do Polski. W aktach ukazano również cel wyjazdu: »wyjazd prywatny«. Zigmas Vaisvila – były wicepremier Litwy, surowy prokurator w sprawie biografii Grybauskaite, zastanawia się: – Jaki niby może być cel prywatnego wyjazdu osoby niepełnoletniej? Pogrzeb jakiegoś krewnego.

Znajomość języka polskiego jest zapisana we wszyst­kich oficjalnych biografiach Grybauskaite. W litewskich szkołach Wilna nikt nie znał tego języka. Pozostają za­tem dwie możliwości – rodzina albo Leningradzki Uniwer­sytet Państwowy im. A. Żdanowa, w którym uczyła się Grybauskaite, po tym jak nie spodobała jej się nauka ekonomii na Uniwersytecie Wileńskim. Tam studenci uczyli się nawet kilku języków obcych.

Jednak za wersją zakładającą więzy krwi przemawia wię­cej dowodów. Mnogość Kaś, Mariann, Władysławów i innych polsko brzmiących imion w jej drzewie genealogicznym czy też krótkie »i« w metryce Polikarpasa, wprost dowodzą tego, że więzy krwi z sąsiednią Polską są bliższe niż potwierdza się oficjalnie.

-                 Imię siostry – Vanda. On (Polikarpas Grybauskas) mówił, że ich ojciec był Polakiem – potwierdziła Valerija Grybauskaite”.

Zatem oboje rodzice Grybauskaite są Polakami? To zna­czy, że prezydent Litwy jest Polką? Nie Grybauskaite, lecz Grzybkowska. Jej krewni pochodzą z Polski, a ona od dzieciń­stwa zna język polski.

Po raz pierwszy słuchy o polskim pochodzeniu Grybauskaite pojawiły się w roku 2009 i były związane z tym, że w Polsce próbowano zrozumieć, czego można oczekiwać od nowego Prezydenta Litwy.

Pogłoski o jej polskim pochodzeniu i dobra znajomość ję­zyka polskiego były przyjmowane za dobry znak. Ponieważ stosunki między Polską a Litwą zaczęły się stopniowo psuć, słuchy o polskich korzeniach Grybauskaite zaczęto częściej wspominać w kontekście rozważań o polonofobii Litwinów: dlaczego z samego szczytu władzy promieniuje tak negatywny stosunek do litewskich Polaków? Czy to syndrom wyparcia? Próba usprawiedliwienia samej siebie? Jeśli tak, to czego? Tego, że we własnej rodzinie ma Polaków? Czy to niemożność prze­ciwstawienia się nacjonalizmowi prawicy, strach przed tym, aby samemu nie zostać oskarżoną od przynależność do piątej kolumny? Albo chodzi o coś jeszcze innego, bardziej skompli­kowanego i skrytego – o coś, co trudno od razu zrozumieć.

Janutiene pisze o ojcu pani prezydent Litwy: „Polak, na którego ciele wytatuowano rosyjskie imię Kola. A do tego opowiada o jakimś zesłaniu do Krasnojarska. Gdybym była paranoikiem, mogłabym od razu wysnuć teorię na temat skra­dzionej tożsamości”. „Skradziona tożsamość” – kim w takim razie naprawdę był ojciec Grybauskaite – „czerwony party­zant” i współpracownik NKWD?

 

PREZYDENT TOP SECRET

Życie głowy państwa jest chronione w sposób szczególny, co wynika z zasad bezpieczeństwa. Każdy polityk zdaje sobie sprawę, że stając się osobą publiczną raz na zawsze traci moż­liwość korzystania z przywilejów życia osobistego, privacy. Od tego momentu jego postępowanie – i obecne, i w przeszło­ści – staje się przedmiotem wnikliwej uwagi społeczeństwa. Znajduje się pod lupą. A im bardziej polityk stara się swą prze­szłość ukryć, zataić i przeinaczyć, tym gorzej dla niego. To rodzi w społeczeństwie słuszne obawy na temat uczciwości i szcze­rości jego poczynań. Otwartość jest najlepszym lekarstwem na podobne podejrzenia.

Przechodziła przez to kanclerz Niemiec Angela Merkel. Córka pastora kościoła ewangelickiego z NRD, dobrze mówią­ca po rosyjsku, wysyłająca listy do Moskwy, a nawet przeby­wająca później w Moskwie jako zwyciężczyni konkursu języka rosyjskiego, aktywistka niemieckiego związku młodzieżowego, organizatorka pracy młodzieżowej w związku zawodowym Akademii Nauk NRD, sekretarz ds. agitacji i ideologii – wszyst­kie aspekty jej biografii były bardzo wnikliwie analizowane, gdy Merkel została kanclerzem Niemiec. Wiele hałasu spowo­dowała książka Gunthera Reutha i Ralfa Georga Lachmana „Pierwsze życie Angeli M.”.

Merkel nie zaczęła się jednak wycofywać ani zaprzeczać, a jej biografię można omawiać bez przeszkód. Nawet tym, któ­rzy interesują się nią ponad miarę, nie zamyka się ust.

Na Litwie powstała inna sytuacja.

Merkel i Grybauskaite są w jednej kwestii nawet podobne. Obie są w znacznej mierze produktami reżimu socjalistycznego. Przy tym trzeba przyznać, że okazały się dobrymi produktami

-    Merkel została ponownie wybrana na stanowisko kancle­rza, a Grybauskaite nawet pod koniec kadencji prezydenckiej i w przeddzień kolejnych wyborów w 2014 r. zachowuje wyso­ki odsetek zaufania wśród społeczeństwa.

Ale jest między nimi również znaczna różnica. Grybauskaite jest człowiekiem zamkniętym, zawsze zapiętym pod szyję. Jej życie osobiste, biografie zarówno jej samej, jak i jej bliskich, praca w partii komunistycznej, a w szczególności okres gdy mieszkała w radzieckim Leningradzie – to tematy tabu.

Prezydent Grybauskaite żyje w odosobnieniu. Nie ma bli­skich przyjaciół, nie ma rodziny ani dzieci, jest samotna. Nie ma zwierząt domowych. Nic nie wiadomo na temat jej hob­by W ogóle nic nie wiadomo o tym, jakim jest człowiekiem, a nie urzędnikiem. Przecież nie może przez całą dobę, siedem dni w tygodniu być Prezydentem. Powinny istnieć takie chwile, gdy staje się kobietą, siostrą, przyjaciółką – po prostu człowie­kiem. A tymczasem nic, tylko praca, praca i jeszcze raz praca. W rezydencji w Turniskesie nie bywają koledzy ze szkolnej ławy czy studiów ani znajomi z poprzedniej pracy. W 2009 r. wokół rezydencji wycięto ponad 160 drzew, pojawił się rów­nież ogromny płot i nowe stanowiska całodobowej ochrony. Oprócz tego – pod groźbą aresztu – zabroniono zbierania jagód

i     grzybów w okolicznych lasach.

Wcześniej w rezydencji mieszkał Valdas Adamkus z żoną

-    Litwini pochodzący z Ameryki, którzy wyrośli po drugiej stronie oceanu i patrzą na świat inaczej. Ktoś zbiera grzyby niedaleko rezydencji? OK, no problem. Ktoś uprawia jogging w tym rejonie – proszę bardzo, to wolny kraj. Adamkusowie dość często urządzali nawet grilla, utrzymywali kontakty z są­siadami, wyprawiali bale dobroczynne i sami chodzili na ban­kiety Obecnie to wszystko wydaje się czymś nienaturalnym: grill w Turniskesie? Z kim?!

Ciekawy fragment pochodzący z WikiLeaks: „W społeczeń­stwie, w którym więzi rodzinne są silne, a przez sieć rodziny

i    przyjaciół człowiek wzmacnia swoją pozycję, Grybauskaite jest anomalią. Niezamężna kobieta-prezydent, która nie ma bliskich, ponieważ rodzice nie żyją, a dzieci nie posiada”. Jej zamknięcie rzuca się w oczy”.

Na Litwie nie ma zwyczaju interesowania się życiem pry­watnym Grybauskaite. Na początku próbowano, lecz teraz jest inaczej. Dlaczego? Kolejne dobre pytanie.

Ruta Janutiene – autorka cytowanej j uż publikacji „Czerwona Dalia”, została zwolniona z pracy po wydaniu książki w 2013 r. Rok wcześniej jej film o szczegółach pracy pani prezydent został zdjęty z anteny litewskiego kanału TV3, popularne programy „Dlaczego?” i „Najwyższa instancja” zdjęte z ante­ny, a kontrakt z ich autorką zerwany. Widzowie mieli okazję zobaczyć tylko kilka zwiastunów. Mogli w nich usłyszeć np., jak były przewodniczący parlamentu Arunas Valinskas wypo­wiedział następujące słowa: „Byłem jedną z wielu osób, któ­rych zapisy rozmów trafiały na biurko prezydenta”. Dalej była mowa o tym, że dziennikarka poznała nowe fakty z biografii prezydent. Jakie? Nie wiadomo.

Czy to jedyny taki przypadek? Dziennikarze w Wilnie długo dyskutowali, dlaczego redaktor „Nowości Litewskich” Valdas Vasiliauskas został zwolniony bez powodu – rzekomo spowodował to Jonas Markevicius – doradca Prezydenta ds. Bezpieczeństwa Narodowego. Powód? Właścicielom kanału telewizyjnego LNK przykazano, aby pilnowali swoich dzien­nikarzy, którzy ponoć zbyt ostro krytykują panią prezydent.

Taka sama historia zdarzyła się dziennikarzowi „Lietuvos Radijas ir Televizija” prowadzącemu później program „Alfa savaite” Tomasowi Dapkusowi. Krytyka urzędników pań­stwowych nominowanych przez prezydent jest zabroniona! To szkodzi wizerunkowi prezydent!

Pracujący w radiu Vaidotas Zukas śmiał w programie na żywo zainteresować się orientacją seksualną samotnej Grybauskaite. Jej krótki komentarz „Nie jestem lesbijką!” w purytańskiej Litwie podobny był do eksplozji, co wywołało szeroki rezonans. Jednak nie tylko rezonans, ale również inne konsekwencje – Zukas został zwolniony z pracy i długo nie mógł znaleźć kolejnej.

Albo Vytautas Matulevicius – dziennikarz telewizji litew­skiej. Został zwolniony za to, że odważył się zrobić repor­taż o Virginiji Zuromskaite – szefowej urzędu podatkowego w Kownie toczącej bój z szarą eminencją polityki litewskiej Viktorem Uspasskich, o którego niejasnych powiązaniach z Grybauskaite pisze Janutiene.

Natomiast po tym, jak w listopadzie 2013 r. z administracji prezydenckiej wyciekła do prasy tajna notatka na temat intryg związanych z jej sowiecką przeszłością, zaczęła się masowa nagonka na dziennikarzy – przeszukania, przesłuchania, kon­fiskaty dokumentów i komputerów. To było nie do pomyśle­nia. Agencja Baltic News Service, która została dotknięta re­presjami, stanowczo zaprotestowała przeciwko takiej polityce władz. Jej dziennikarze urządzili protest.

Krytykujesz prezydent? Jesteś pod lupą!

Wtykasz nos w nie swoje sprawy? Oczekuj wizyty policji!

Redaktor naczelny „Lietuvos Rytas” Gedvydas Vainauskas stwierdził, że szef zarządu Banku Litwy podczas skandalu zwią­zanego z bankructwem banku Snoras – Vitas Vasiliauskas (były przewodniczący sztabu wyborczego Grybauskaite) wyznał mu szczerze: krytykować można wszystkich oprócz prezydent.

Co to za porządki i skąd one się wzięły? Można odnieść wrażenie, że totalitarny Związek Radziecki się nie rozpadł, ge- rontokraci z KC KPZR rządzą nadal swoim sowieckim impe­rium, a z Litwy ktoś ciągle wysyła raporty do Moskwy

Jeśli prasa zadaje pytania, jest to normalna rzecz w demo­kracji. Inaczej być nie może, jeśli wszyscy wyznajemy wartości europejskie.

Pytania dziennikarzy pojawiają się z prostego powodu: gdy dla społeczeństwa coś jest niejasne, rodzą się podejrzenia

o  nieczystą grę.

„Wydawałoby się, że wszystko jest proste, nieprawdaż?”

-    pisze Janutiene. Jednak wystarczyło tylko podjąć próbę wy­jaśnienia obecnego zachowania Grybauskaite, szukając jego źródeł w przeszłości, by wywołać niezadowolenie i szum. Nie można! W przeszłości prezydent grzebią tylko źli ludzie. Zostawcie ją w spokoju. A jej mentor Vytautas Landsbergis zaproponował nawet nową filozofię: „Nieważne, kim byłeś – ważne, kim zostałeś”. Rzeczywiście, wyrozumiałość to cenna cnota, jednak w parze z nią powinna iść jeśli nie skrucha, to chociaż przyznanie się do błędu. Moment przełomowy, w któ­rym człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że poprzednia droga nie była właściwa.

Janutiene nigdy nie słyszała, żeby Grybauskaite powiedziała

o  swojej przeszłości: „Popełniłam błąd, przepraszam”. Wprost przeciwnie, zawsze – jak twierdzi – starała się usprawiedliwiać. Do partii komunistów wstąpiła, ponieważ – rzekomo – inaczej się nie dało. Do szkoły partyjnej poszła, bo chciała wykładać. A została w niej po wydarzeniach z 11 marca, bo prowadziła „swoją małą wojnę”.

Gdzie zatem moment przejścia do nowego stanu – pyta pra­sa litewska?

Czy to możliwe, że takiego momentu w ogóle nie było? Że ona po prostu szła i szła, aż zaszła na szczyt z marksistowsko- leninowską wizją świata, metodami rządzenia rodem z KGB, nawykami manipulowania ludźmi i niezwykle niedemokra­tycznymi poglądami?

W lutym 2014 r. Dalia Grybauskaite poinformowała, że chce po raz kolejny kandydować na stanowisko Prezydenta Litwy. Jej pierwszym krokiem jako kandydata była próba udzie­lenia odpowiedzi na pytania, które niepokoją społeczeństwo.

Na swoim profilu na Facebooku odpowiedziała na pojawia­jące się pytania dotyczące szczegółów jej biografii. „Po ogło­szeniu informacji o kandydowaniu przeze mnie w wyborach otrzymałam nie tylko wyrazy wsparcia, lecz również pytania dotyczące mojej biografii. Dlatego jeszcze raz spróbuję odpo­wiedzieć tym, którzy przysłuchują się rozpowszechnianym kłamstwom na mój temat” – pisze Grybauskaite.

„1. Czy współpracowałam z partią M. Burokeviciusa po 11 marca1990 r.?

Nie, ponieważ w grudniu 1989 r. przyłączyłam się do wy­dzielonego z niej odłamu – Litewskiej Partii Komunistycznej (którą kierował A.M. Brazauskas) i otrzymałam tymczasową legitymację. Natomiast w czerwcu 1990 r. postanowiłam skoń­czyć z działalnością partyjną. Przez 23 lata nie byłam człon­kiem żadnej partii.

  1. Dlaczego postanowiłam pracować w szkole partyjnej po 11 marca1990 r.?

11           marca 1990 r. decyzją władz Wyższa Szkoła Partyjna zo­stała przekazana Wileńskiemu Instytutowi Pedagogicznemu. Ale już 25 marca, kiedy w pomieszczeniach rozlokowały się oddziały armii rosyjskiej, poszłam na urlop i zaczęłam szukać pracy. W czerwcu 1990 r. ostatecznie zrezygnowałam z pracy w tej instytucji, a już w sierpniu podjęłam pracę w Instytucie Ekonomii Ministerstwa Gospodarki Litwy

  1. Czy to prawda, że mój ojciec był sierżantem NKWD?

Nie, to nieprawda. W latach powojennych, gdy miał

17-              18 lat, ojciec pracował jako strażak. Taką informację uzyskałam z Centrum Badania Ludobójstwa i Ruchu Oporu Mieszkańców Litwy”.

Należy wyjaśnić, dlaczego Grybauskaite musiała się tłu­maczyć. Właśnie dlatego, że pełnej i wyczerpującej biografii (nawet na oficjalnej stronie administracji Prezydenta biogram zmieniano kilka razy) zapewne nie widział nikt na Litwie. Z wyjątkiem wybranych.

Cofnijmy się nieco w czasie: styczeń 2014 r., były wicepre­mier Litwy, jeden z budowniczych nowego niepodległego pań­stwa Zigmas Vaisvila wydał następujące oświadczenie:

„Tajna informacja Departamentu Bezpieczeństwa Narodo­wego (DGB), obwieszczona przez Prezydent D. Grybauskaite 31 października 2013 r. istnieje z powodu zatajonych fak­tów z jej biografii. Jako kandydat na stanowisko Prezydenta Republiki D. Grybauskaite dostarczyła Centralnej Komisji Wyborczej Republiki Litwy biografię jawnie sprzeczną z rze­czywistością, która została przedstawiona wyborcom (była ona tylko częściowo zmieniana w trakcie kampanii wyborczej, gdy publicznie ogłaszano te lub inne informacje).

Istotne fakty z biografii D. Grybauskaite, które zostały przez nią ukryte, związane są z kwestią lojalności lub nielojalności w stosunku do odtworzonej 11 marca 1990 r. Niepodległej Republiki Litwy Dany problem ma znaczący wpływ na gwa­rantowane prawo wyborców do poznania prawdy na temat byłej kandydatki na stanowisko Prezydenta Republiki”.

Vaisvila nieprzypadkowo wspomina o tym tajnym doku­mencie. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby przeciek został zorganizowany celowo w związku z nadchodzącymi wybora­mi. W owym momencie po Brukseli krążyły plotki na temat tego, że Grybauskaite może zostać kandydatką na stanowisko szefa Komisji Europejskiej (wszystko zależało od rezultatów szczytu w Wilnie). Kolejne ważne głosowanie to wybory pre­zydenckie na Litwie, których termin ustalono na maj 2014 r.

Tajny dokument, którego zawartość – dzięki przeciekowi do mediów (o jego celowe upublicznienie oskarżono starsze­go doradcę prezydenta Daivę Ulbinaite) – mógł poznać każ­dy zainteresowany; zawierał informację, że służby specjalne Putina przygotowują prowokację wobec prezydenta Litwy Społeczeństwo otrzymało wyraźny sygnał: nie można wierzyć we wszystko, co na temat Grybauskaite zostanie powiedziane (nawet jeśli będą to mówić ludzie znani z imienia i nazwiska)

i    opublikowane. Czy to oznacza, że jest powód do niepokoju? Czy Grybauskaite nie chce, żeby pewne fakty z jej biografii, które mają związek z epoką sowiecką, wyszły na jaw? Czego się obawia? Jeśli była to próba zatuszowania sprawy, to się nie udała – opublikowany dokument podziałał jak bomba goto­wa do eksplozji: wszyscy politycy, eksperci i dziennikarze na Litwie zajmowali się tylko tą sprawą i próbowali dociec, co może się za nią kryć. O czym nie chce powiedzieć pani prezy­dent?

Z jakiego powodu po raz kolejny został rzucony cień na Polaków? Partia Akcja Wyborcza Polaków na Litwie, wchodzą­ca w skład koalicji rządzącej i posiadająca ministrów w rzą­dzie, została nazwana marionetką Kremla. Nie było to jednak nic nowego. W listopadzie 2012 r., gdy okazało się, że mniej – szość polska nie tylko weszła do litewskiego parlamentu, ale stała się również członkiem koalicji rządzącej, telewizja litew­ska przygotowała obszerny materiał wyemitowany w progra­mie „Tydzień” („Savaite”), w którym dziennikarze bez ogró­dek mówili, że litewscy Polacy są projektem służb specjalnych Rosji, „piątą kolumną”.

W Warszawie nie można było przemilczeć takiej prowoka­cji, chociaż była szyta dość grubymi nićmi. Można było od­nieść wrażenie, że zrobiono to na zlecenie rosyjskich służb specjalnych w bardzo konkretnym celu: aby jeszcze bardziej oddalić Polaków i Litwinów, aby pokazać agresywną krótko­wzroczność elit politycznych Litwy.

O       Grybauskaite mówi się, że patrzy na świat przez pryzmat tajnych dokumentów, które dostaje od służb specjalnych.

I   wierzy tylko tym dokumentom, a nie własnym obywatelom

-   litewskim Polakom – uważając ich za wysłanników Moskwy, a nie Warszawy. Wszyscy ci, którzy interesują się biografią pre­zydent, w listopadzie 2013 r. dostali wyraźne ostrzeżenie.

Kilka miesięcy wcześniej prezydent wręczyła wysoką nagro­dę państwową – Krzyż Komandorski Orderu Wielkiego Księcia

Giedymina – dyrektorowi Centrum Badania Ludobójstwa

i    Ruchu Oporu Mieszkańców Litwy Teresie Birute Burauskaite. Ruta Janutiene uważa, że odznaczenie zostało przyznane za wspieranie Grybauskaite. To właśnie Burauskaite wydała na­stępujące oświadczenie: „Nasi historycy zbadali sprawę”. Jaką? Akta osobowe Grybauskaite znajdujące się w Litewskim Archiwum Akt Specjalnych. Burauskaite dała do zrozumie­nia: w sprawie kolaboracji Grybauskaite w Wyższej Szkole Partyjnej po 11 marca wszystko było w najlepszym porządku (czytaj: podejrzenia nie potwierdziły się).

Krzyż komandorski jest, a podejrzeń brak. I stron w aktach osobowych Grybauskaite również brak – zostały. wyrwane. Nagroda za wyrwane strony?

Znany dziennikarz litewski Rimvydas Valatka wyjaśnił to zdarzenie w następujący sposób: „Naród wiedział, że kłamała na temat swojego udziału w »łańcuchu bałtyckim«, że należała do frakcji M. Burokeviciusa, że nawet po odzyskaniu niepodle­głości nadal otrzymywała wypłaty z Kremla.

Lecz ani praca w szkole partyjnej okupantów do ostatnich dni imperium, ani kompromitujące szczegóły z życia prywat­nego, ani nawet jeszcze straszniejsze podejrzenia nie zmniej­szyły popularności D. Grybauskaite i chęci głosowania na nią w kolejnych wyborach. Nawet wielkim patriotom-konserwa- tystom nie wydało to się ani ważne, ani interesujące. Zatem co jeszcze potem może zrobić Moskwa?

Zwiększyć zakres decybeli w głośnikach swojej propagan­dy? Lecz czy my się boimy tego hałasu? Dlatego odpowiedź jest prosta: ten atak ze strony Moskwy w niczym nie może zaszkodzić D. Grybauskaite. I nie zaszkodzi.

Wprost przeciwnie: atak ze strony wysłanników W Putina -

o ile w ogóle nastąpi – przyniesie tylko korzyść Pani Prezydent.

Taki atak tylko zjednoczy konserwatywnych zwolenników, którzy ostatnio zaczęli powątpiewać w jej intencje. Dlaczego fakt, że ktoś z BNS »zobaczył« tajny dokument departamentu bezpieczeństwa, nie może być decyzją Prezydent? Decyzją god­ną V. Landsbergisa, a być może nawet podpowiedzianą przez kogoś”.

Przyjrzyjmy się jeszcze raz kwestiom nurtującym społeczeń­stwo, z których tłumaczyła się Grybauskaite.

Kwestia pierwsza: współpraca z rosyjską partią komuni­styczną.

Janutiene pisze:            „Atmosfera się podgrzewa! Ledwie

Grybauskaite została doktorem nauk i otrzymała stanowisko docenta, od razu wskoczyła na pierwszy stopień poważnej ka­riery: przyłączyła się do ruchu Sąjudis.

Przed archikatedrą – wiec, w parku Vingio – taki wiec, że nawet Lady Gaga by pozazdrościła. Cały plac naprzeciw sceny zapełniony ludźmi. Fanfary. I już! Finał. Koniec socjalizmu, zależności od Moskwy, władzy partii komunistycznej. Ludzie nakłuwają legitymacje partyjne na włócznie, drwiąc z funda­mentalnych wartości sowieckich. Grybauskaite dopiero zdąży­ła zrobić pierwszy krok w stronę mostu, który poprowadziłby ją ku świetlanej przyszłości, a ci »bandyci« ów most wysadzili! Przedwczesna śmierć jakże młodej i obiecującej kariery.

Spokojnie. tylko spokojnie. Bez nerwowych ruchów! Kariera się rozwija i zapuszcza coraz dłuższe korzenie. W szko­le partyjnej – jak w czołgu. Nie słychać, co dzieje się na uli­cach. Nawet w grudniu 1989 r., gdy Algirdas Brazauskas z po­plecznikami odciął litewską partię komunistyczną od Moskwy.

Czy ten dramat jest odczuwalny w Wyższej Szkole Partyjnej? Jeśli wierzyć dokumentom, pracują w niej ludzie o niezmien­nych wartościach moralnych. Nie uciekają ze szkoły – wprost przeciwnie: zbierają się w niej.

-                 Czy wyobrażają sobie państwo, jaka wtedy była sytu­acja? W końcu to Wyższa Szkoła Partyjna. Wszyscy należą do partii: i wykładowcy, i studenci. – Lukosevicius wspomina, jak próbował wezwać komunistów ze szkoły partyjnej do dyskusji na temat ostatnich wydarzeń – oddzielenia się Brazauskasa od Moskwy. – Trudno było nawet zwołać zebranie.

Brazauskas podjął decyzję oddzielenia litewskich komuni­stów od władzy Moskwy w połowie grudnia 1989 r.. Miesiąc później – w styczniu 1990 r. – komuniści z Wyższej Szkoły Partyjnej wreszcie zebrali się, aby podjąć decyzję”.

Niektórzy pozostali wierni Moskwie, inni się oddzielili. Świadkowie Janutiene twierdzą, że Grybauskaite de facto po­została we frakcji wiernej Moskwie:

„Rozpatrzmy ten problem dokładniej.

Protokoły posiedzeń rady Wyższej Szkoły Partyjnej z 1989 r. Tuż przed podziałem partii Grybauskaite otrzymuje stanowi­sko docenta. Kontynuuje swoją karierę. Tadam! – i nasza bo­haterka jest już sekretarzem naukowym wszystkich świętych nauk komunistycznych – drugim najważniejszym człowiekiem po rektorze. Ma w swoich rękach już nie tylko własną karierę, ale również wszystkich tych, którzy tam pracują: to ona opi­niuje, kto zostanie oceniony pozytywnie, a kto nie, kto do­stanie awans na wyższe stanowisko, a kto będzie się musiał jeszcze postarać.

Językiem używanym w szkole nadal jest rosyjski. Nie ma żadnej reakcji na wyjście Komunistycznej Partii Litwy ze struk­tur politycznych ZSRR. Nie! Niektórym jednak puściły nerwy Anicetas Ignotas przeszedł do pracy w Instytucie Planowania Gospodarki Narodowej przy Komitecie Planowania. Tam rów­nież pojawi się Grybauskaite, jednak znacznie później, już po ostatnim dzwonku, gdy kuźnia kierownictwa partyjnego zo­stanie ostatecznie zamknięta, a przyszły uczestnik przewrotu z 13 stycznia – Valentinas Lazutka – rozda ostatnie nagrody

Jednak na razie komuniści ze szkoły partyjnej przygotowują się do obrony prac dyplomowych. Wiosną 1990 r. Grybauskaite zostaje promotorem naukowym następujących prac:

  • »Działalność organizacji partyjnej kołchozu Artojas do­tycząca realizacji planów rozwoju socjalno-gospodarcze- go«;
  • »Działalność administracji i organizacji partyjnej w kwe­stii rozwiązania społeczno-ekonomicznych problemów wsi«;
  • »Środki organów partyjnych, radzieckich i gospodarczych dotyczące poprawy pracy i bytu pracowników wsi«;
  • »Rola organizacji partyjnej rejonu możejskiego w po­prawie samodzielności i odpowiedzialności kolektywów pracowniczych«.

Oto, czym zajmowała się przyszła prezydent Litwy, gdy w Kownie na posiedzeniu rady organizacji Sąjudis, odbywa­jącym się w sali Teatru Muzycznego, postanowiono, że Sąjudis będzie dążyć do władzy, aby ogłosić niezależność Litwy – nie tylko od dyktatury partii komunistycznej, ale również od Moskwy Alleluja!

-               Zdaje mi się, że ona wystąpiła z partii i więcej do żadnej innej partii nie wstępowała. Boję się mówić za nią, ale wydaje mi się, że została bezpartyjna. – Tak wydaje się Lukoseviciusowi.

A co można znaleźć w dokumentach? Teraz na moim biur­ku leżą oświadczenia mieszkańców Wilna, którzy wystąpili z KPZR po oddzieleniu się od niej komunistów litewskich. Wszystko wyglądało nieco inaczej niż opowiada Lukosevicius. Dla tych, którzy wstępowali do partii Brazauskasa, przygo­towano nawet specjalne formularze: jeden z oświadczeniem

o  wystąpieniu z KPZR, drugi z oświadczeniem o wstąpieniu w szeregi Litewskiej Partii Komunistycznej.

Gdzie jest dokument, który potwierdziłby decyzję towa­rzyszki Grybauskaite? Jej oświadczenia nie ma. Ale jest i dobra nowina. Jej nazwiska nie ma również wśród tych uczestników zjazdu, którzy pozostali w KPZR.

Dochody Grybauskaite w czasie przemian ciągle wzrastały. W maju 1990 r. zarabiała 280 rubli miesięcznie. To zapewne wynagrodzenie za pracę w trudnych warunkach wrogo nasta­wionej wobec ideologii Litwy, która ogłosiła niepodległość. Dokumenty księgowe szkoły partyjnej były wypełniane z na­leżytą starannością.

Akta nr 176. Odcinki wypłat od A do L. Od stycznia do sierp­nia 1990 r. Litera »G«: Grygaliene. A gdzie Grybauskaite? Gdzie są jej odcinki wypłat? Gdzie są dane o jej zarobkach w 1990 r.? W Archiwum Akt Specjalnych ich nie ma! Gdzie zaginęły? Nikt nie odpowiada. Czyje jeszcze dokumenty znik­nęły? W aktach brakuje nie tylko danych Grybauskaite, lecz również buntownika Lazutki. Kiepskie, nawet bardzo kiepskie sąsiedztwo w kwestii zagubionych dokumentów”.

Obecnie na Litwie Lazutkę uważa się za zdrajcę, który wy­stąpił przeciwko niezależności państwa i do końca pozostał wierny Moskwie. Był zmuszony uciec z kraju, do 2001 r. ukry­wał się w Niemczech, skąd nie chciano deportować go na Litwę, a potem ślad po nim zaginął. Mówi się, że osiadł na Białorusi. Dlaczego zatem zniknęły dane Lazutki i Grybauskaite? Właśnie z tego powodu Janutiene określiła to mianem „kiepskiego są­siedztwa”.

„A może oznacza to, że w tym czasie ona już nie pracowa­ła? – stawua pytanie Janutiene. – Nie – ten, kto wyrywał kartki z akt, zrobił to bardzo niedbale. Oto inne akta z księgowo­ści. W kwietniu 1990 r. Grybauskaite podpisała, że otrzymała 286 rubli i 18 kopiejek – wypłatę wraz z dodatkami. Znów kwiecień, lista płac nr 355. Tym razem 176,02 rubla. Pieniądze pochodzą wprost z budżetu KPZR w Moskwie. Na kartce jest podpis: zmniejszona kopia tego, którego używa obecnie, pod­pisując ustawy jako Prezydent Litwy

Przejrzymy teraz dokumenty, które 11 marca 1990 r. zo­stały przyjęte przez Radę Najwyższą Republiki Litewskiej. Akt Przywrócenia Państwa Litewskiego. to jasne. O! Postanowienie o likwidacji Wyższej Szkoły Partyjnej i prze­kazaniu jej pomieszczeń Instytutowi Pedagogicznemu. Szkoła partyjna została zamknięta na podstawie decyzji legalnych władz państwowych, a Grybauskaite nadal tam pracuje i po­biera pieniądze przysyłane z Moskwy. Przyszła prezydent nie podporządkowała się władzy litewskiej. A może – podobnie jak Burokevicius – uważała, że »szajka Landsbergisa« działa nielegalnie?”.

Towarzyszka Dalia nie opuszcza szkoły partyjnej do ostat­nich jej dni. Podobnie jak większość jej kolegów.

Ma to bezpośredni związek z drugim punktem wyjaśnień Grybauskaite.

Kwestia druga: praca w szkole partii komunistycznej, po tym jak Litwa ogłosiła niepodległość.

W kwietniu Grybauskaite poprosiła o urlop na wyjazd do Druskiennik. Towarzyszka Dalia pisze podanie w języku ro­syjskim, choć zgodnie z prawem sowieckim legalnie wybrana większość partii Sąjudis w Radzie Najwyższej. Stop! To jesz­cze partia komunistyczna ogłosiła język litewski jedynym języ­kiem państwowym.

„P.o. docenta Katedry Ekonomii Politycznej Grybauskaite D.P.

Proszę o udzielenie urlopu od 6 kwietnia do 4 maja 1990 r. w związku z otrzymaniem skierowania do sanatorium »Litwa« w Druskiennikach”.

Podanie zostało zatwierdzone dwukrotnie – raz w języ­ku rosyjskim, drugi raz w litewskim. Litewskie władze zlikwi­dowały Wyższą Szkołę Partyjną, a usługi i zaliczki na urlop towarzyszki Dalii nadal są opłacane »bezpośrednio z budżetu KPZR«!

5 maja, po powrocie Grybauskaite do budynku ochrania­nego przez żołnierzy sowieckich, zwiększono jej wypłatę. Od tej pory będzie otrzymywać 280 rubli płacy podstawowej. Czerwiec 1990 r. Protokoły komisji egzaminacyjnej. Jakie pytania są zadawane zdającym? Pytanie z teorii socjalizmu: »Stosunek Engelsa do socjalizmu utopijnego i jego przezwy­ciężenie poprzez naukę”. Pytanie dodatkowe: »Jak do danego problemu odnosił się Lenin?«. Inna kwestia: »Społeczeństwo socjalistyczne: istota, rozbieżności, ich zniwelowanie i misja historyczna«. Wszystko w języku rosyjskim.

»Produkty« Wyższej Szkoły Partyjnej zdają egzaminy, gdy budynek szkoły faktycznie jest już sztabem buntowników, któ­rych ochrania armia radziecka. Na trzecim piętrze w czerwcu 1990 r. zaczęła nadawać stacja radiowa Litwa Sowiecka – po litewsku, rosyjsku i polsku. Po sierpniowym puczu w Moskwie w 1991 r., gdy będą podjęte próby przejęcia sterów władzy od Gorbaczowa, zdobyczą dziennikarzy z »Gazety Literackiej« zostaną zapiski marszałka Jazowa datowane na 22 marca 1990 r., dotyczące konieczności podjęcia przygotowań do zajęcia Wileńskiego Centrum Telewizyjnego. Telewizją powinni rzą­dzić ci, którzy rezydowali na trzecim piętrze Wyższej Szkoły Partyjnej, w tym samym czasie gdy piętro niżej Grybauskaite była członkiem komisji egzaminacyjnej.

Ludzie starsi, a także młodsze pokolenie, z pewnością pa­miętają, jak nagle ulice Litwy opustoszały z samochodów, bo na stacjach benzynowych nie było paliwa. Na szosie do Kłajpedy nie było ani jednej ciężarówki. Moskwa ogłosiła blo­kadę ekonomiczną Litwy. Jednak w garażu szkoły partyjnej benzyny nie brakowało.

A Grybauskaite? Pisała recenzje prac dyplomowych zawodo­wych komunistów. Recenzje były sporządzane po rosyjsku, po­dobnie jak protokoły egzaminacyjne. 1 czerwca Grybauskaite recenzowała pracę niejakiego towarzysza Satorowa R.P. »Praktyka działań rad miejscowych w kwestii zagwarantowa­nia obywatelom ZSRR konstytucyjnego prawa do powierzchni mieszkalnej«. Dzień później jej uwagę zaprzątała praca komu- nistki z Łotwy – Martinsone. Temat: »Narodowi deputowani rad miejscowych a program aprowizacji ZSRR w towary nie- spożywcze na przykładzie rad miejscowych Łotewskiej SRR«.

W skład komisji egzaminacyjnej wchodzą: Merkialis, Grigaliuniene, Goris. Grigaliuniene zostanie później kierow­nikiem fundacji »Russkij mir« (którą opiekuje się polityk ro­syjski Wiaczesław Nikonow – wnuk stalinowskiego ministra Mołotowa, który podpisał pakt z przedstawicielem Hitlera

-      Ribbentropem – w 1939 r.). Wszyscy to członkowie rady Wyższej Szkoły Partyjnej »na platformie KPZR« wyznaczeni przez buntownika Lazutkę. Ostatnie ruble od KPZR zarobił również Ignotas.

Dopiero po zakończeniu obrony prac dyplomowych Grybauskaite zostanie zwolniona z pracy »w związku z likwi­dacją Wyższej Szkoły Partyjnej«. Jednak nie chodzi o tę likwi­dację, którą zatwierdziła Rada Najwyższa. Likwidację Wyższej Szkoły Partyjnej nakazał KC KPZR na mocy postanowienia nr 113/110 z 16 marca 1990 r. Odwołując się do tego, Lazutka stwierdził, że będzie respektować na Litwie tylko rozkazy tych ludzi, którzy pozostali w KPZR i byli wierni Kremlowi. Wypełniając postanowienie z Moskwy, Lazutka 18 czerwca 1990 r. zarządzi masowe zwolnienia i wypłaci ostatnie premie.

Lecz nawet po likwidacji »uczeni« ze szkoły partyjnej nie rozpierzchli się, lecz skierowali kroki do instytucji niepodle­głej Litwy. Po dwudziestu latach tych ludzi nadal jest wszędzie pełno”.

Tym sposobem Janutiene udzieliła odpowiedzi na jedno z pytań zadanych przez Vaisvile: dlaczego Centralna Komisja Wyborcza Litwy nie podejmuje żadnych kroków, aby sprawdzić biografię Grybauskaite? Odpowiedź jest prosta: CKW już oko­ło dwudziestu lat kieruje Zenonas Vaigauskas, który pracował w wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej razem z Grybauskaite.

O  ile ona w epoce sowieckiej we wszystkich swoich pracach naukowych cytowała Lenina, o tyle on poszedł jeszcze dalej

-      napisał rozprawę o wkładzie Stalina w rozwój rolniczy te­renów podmiejskich. A napisał ją tam, gdzie Grybauskaite – w moskiewskiej Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR.

I             nie jest pod tym względem jedyny. Absolwenci i wykła­dowcy szkoły komunistycznej do dziś zajmują wysokie stano­wiska na Litwie; działacze komunistyczni rozplenili się na no­wej Litwie jak zaraza, przenikając wszędzie. Adolfas Slezevicius był premierem Litwy, Ceslovas Jursenas – przewodniczącym parlamentu, absolwenci szkoły partyjnej Kirkilas i Muntianas również – jeden był premierem, drugi przewodniczącym. A ilu było ministrów, wiceministrów, dyrektorów departamentów

i     wydziałów! Natomiast Arvydas Pocius to rezerwista KGB, który na niepodległej Litwie był szefem służb specjalnych – Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego! Analogiczna hi­storia miała miejsce w Ministerstwie Spraw Zagranicznych – jak się okazało ministrem był kapitan KGB Antanas Valionis. Jak to jest możliwe?

Zresztą Polska doskonale rozumie, jak to jest możliwe

-    w 2001 r. do władzy doszli tam byli komuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

„Grupa, która zajmuje wszystkie kluczowe stanowi­ska w kraju, staje się klasą rządzącą” – tak pisał w książce „Nomenklatura” znany dysydent sowiecki Michaił Wosleński, który uciekł od dyktatury komunistycznej do Bonn.

Nomenklatura nie zanikła na Litwie. Ludzie z sowieckiej przeszłości nadal są tutaj u władzy. „Państwo zostało otwarte dla byłych działaczy partyjnych, współpracowników KGB, ich dzieci i bliskich. Takich ludzi nigdy nie interesowała idea wol­nej Litwy. Nigdy o niej nie marzyli, bo w czasach sowieckich żyło im się dobrze. Do nowej Litwy po prostu się przystosowa­li. Przystosowali ją również do siebie” – tak opisuje sytuację Janutiene.

Nie zważając na prośby sygnatariusza Aktu o Przywróceniu Niepodległości – Zigmasa Vaisvili – jeszcze podczas pierw­szej kampanii wyborczej na stanowisko Prezydenta Republiki Litewskiej w 2009 r. Centralna Komisja Wyborcza oraz Komisja Lustracyjna nie sprawdziły możliwej współpracy kandydata na

Prezydenta Dalii Grybauskaite ze służbami specjalnymi innych państw.

Vaisvila podkreśla: „Skrywane istotne fakty z biografii Prezydent D. Grybauskaite są związane z jej lojalnością lub brakiem lojalności wobec niepodległej Republiki Litewskiej. D. Grybauskaite zaprzecza, że pracowała w Akademii Nauk Społecznych KC KPZR, chociaż w wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej KC KPZR pozostały dokumenty, które to potwierdza­ją. Ukrywany jest również fakt, że po oddzieleniu się w grud­niu 1989 r. Litewskiej Partii Komunistycznej od KPZR ona nie tylko pozostała członkiem LPK/KPZR, ale zajmowała również stanowisko kierownicze w wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej KC KPZR – była jej sekretarzem naukowym.

Wśród wykładowców wileńskiej szkoły partyjnej KC KPZR, która przygotowywała kadry aktywu sowieckiego, były wy­łącznie kadry tego aktywu i przedstawiciele służb specjalnych. D. Grybauskaite – zasiadając we władzach tej szkoły (była sekretarzem naukowym) – po ogłoszeniu Aktu Przywrócenia Państwa Litewskiego z 11 marca 1990 r. nie tylko nie za­przestała pracy w tej części sztabu, która organizowała prze­wrót, lecz również nie podporządkowała się zarządzeniu nr 64p1990-03-11 Rządu Republiki Litewskiej dotyczącego prze­kazania budynków Republice Litewskiej.

Wymienione okoliczności potwierdzają, że istnieją zarów­no podstawy do badania wskazanych działań Prezydent Dalii Grybauskaite, jak również poważne naruszenia Konstytucji, które pozwalają rozpocząć procedurę impeachmentu w Sejmie”.

Vaisvila wspomina o tym, że Grybauskaite nadal czynnie pracowała w wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej również po ogłoszeniu niepodległości Litwy 11 marca 1990 r. Był to trud­ny okres, który można porównać z czasem formowania się

i   aktywnej walki polskiej „Solidarności”. Na Litwie działalność rozpoczął Sąjudis – ruch łączący wszystkich obywateli, którzy nie chcieli mieć nic więcej wspólnego z totalitarną Moskwą. Litwa potrzebowała niepodległości, własnego państwa i wła­snego życia.

Był to czas burzliwych zmian, gdy każdy musiał sam okre­ślić, po której stronie barykady się znajduje. Czy popiera oku­pację radziecką? Czy też twardo stoi za niepodległą Litwą?

Vaisvila mówi o tym, że Grybauskaite, która w epoce so­wieckiej zdążyła wdrapać się wysoko po stopniach kariery, milczała do ostatniej chwili. Czy przeczekała? Była wierna szkole partyjnej, która po wydarzeniach z marca 1990 r. pod­legała bezpośrednio KC KPZR i dostawała wypłaty wprost z Moskwy?

Oto, co pisze Ruta Janutiene w książce „Czerwona Dalia”:

„Sprawa nr 28. Datowany na 18 czerwca 1990 r. spis zwią­zany z likwidacją szkoły, zawierający wykaz zwolnionych osób

i   ich akta osobowe. Akta osobowe Dalii Grybauskaite są w tej teczce. A to oznacza, że nadal pracowała – bez względu na wszelkie zmiany, niepodległość i podobne sprawy, którym nie daje wiary prawdziwy komunista. Grybauskaite uwierzy w nową władzę dopiero po puczu w sierpniu 1991 r., kiedy rozpadnie się Związek Radziecki, a logiczna okaże się zmia­na kursu na instytucje, które rozlokowały się przy prospekcie Giedymina. Przede wszystkim na budynek rządu.

Zatem przejdźmy do akt osobowych Grybauskaite. Rozpoczniemy od przejrzenia numerów stron – brakuje od siódmej do piętnastej. Oficjalne wyjaśnienie braku zostało napisane już po tym jak nazwisko Grybauskaite pojawiło się na liście kandydatów na stanowisko Prezydenta, czyli jesienią 2008 r., a samymi aktami zaczęli interesować się ciekawscy Wtedy pojawił się zapis, że jest to błąd w numeracji. Rzekomo archiwistka była bardzo zmęczona i po stronie nr 6 napisała 16, zamiast 7.

Dalsza analiza dokumentów archiwalnych pokaże, że taka wersja nie jest szczególnie przekonująca, ponieważ w aktach

Grybauskaite tak naprawdę brakuje dokumentów, które moż­na znaleźć w aktach jej kolegów”.

Właśnie w taki sposób rodzą się pytania do pani prezydent, na które odpowiedzieć – w sposób przekonujący wszystkich wokół – się nie udaje. Dlaczego zniknęły te strony? Gdzie się znajdują? Kto je posiada? I co zawierały?

Janutiene kontynuuje: „Wyższa Szkoła Partyjna podlegała bezpośrednio Moskwie. Kreml nie powierza miejscowym no­wego pokolenia kadr. To oczy i uszy partii. Oni powinni pod­legać wyłącznie jednemu wodzowi.

Jak dalej hartowała się »Stalowa Magnolia«?

Zbiór nr 15863, spis 9, akta nr 15. »Karty osobowe pracow­ników szkoły partyjnej, kursów i instytutu ateizmu«.

Wynika z nich, że 18 maja 1983 r. Grybauskaite została przy­jęta do pracy na stanowisko kierownika Zakładu Gospodarki Rolnej Wyższej Szkoły Partyjnej. Tymczasowo pełniący obo­wiązki rektora szkoły prof. Kojala wyznaczył jej pensję w wy­sokości 125 rubli. Odnotowano, że kandydatka jest nieza­mężna, a także że pierwszy urlop będzie bezpłatny. Jednak już w kolejnym roku akademickim rozpocznie się jej wspinaczka po szczeblach kariery: z kierownika zakładu zostanie awanso­wana na zastępcę przewodniczącego związków zawodowych. Później zostanie skierowana w celu podwyższenia kwalifikacji do Moskwy na zajęcia w Akademii Nauk Społecznych.

Grybauskaite nie została doktorantką na Uniwersytecie Wileńskim. Uniwersytetowi Wileńskiemu z jakiegoś powodu nie był potrzebny specjalista od ekonomii politycznej z dyplo­mem Wyższej Szkoły Partyjnej.

Z tą porażką rozprawiła się w taki sam sposób, jak po skoń­czeniu szkoły, kiedy poszła na ekonomię, a rok później rzuciła Uniwersytet Wileński i wyjechała do Rosji. Tyle tylko że tym razem trasa prowadziła nie do Leningradu, lecz do Moskwy. Na Akademię Nauk Społecznych przy KC KPZR – centrum wszystkich wyższych szkół partyjnych – aby napisać doktorat.

W 1986 r. Grybauskaite – już jako wykładowca ekonomii politycznej (potem awansowana na stanowisko starszego wy­kładowcy) odbywała staż. Gdzie może podwyższać swoje kwa­lifikacje wykładowca ekonomii politycznej? Na uniwersytecie lub w akademii nauk? Nie, wykładowcy z tej szkoły odbywają staże w komitetach partii komunistycznej. Towarzyszka Dalia kilka tygodni spędziła z komunistami w dzielnicach wileń­skich.

Od razu po stażu – niespodzianka. Grybauskaite otrzy­muje urlop i wyjeżdża jako kierownik grupy do Polski, NRD, Czechosłowacji i Węgier! Kierownik! Osoba, która będzie z oczami dookoła głowy pilnować powierzonych jej uczestni­ków, a następnie pisać sprawozdania na temat ich zachowa­nia. Po raz pierwszy to nie jej, lecz komuś z jej powodu będą drżały nogi”.

Do tych wyjazdów warto jeszcze wrócić później. Janutiene pisze, że brak stron w aktach Grybauskaite wcale nie musi być spowodowany błędem archiwisty. A propos, na stronie 46 akt osobowych Grybauskaite znów widoczna jest poprawka: skre­ślono „36” i poprawiono na „46”. Przypadek?

„W biografii Dalii Grybauskaite brakuje prawie roku. W la­tach 1987-1988 ślad po niej w dokumentach Wyższej Szkoły Partyjnej po prostu się urywa, chociaż sama zainteresowana kategorycznie twierdzi, że w tym czasie nie wyjeżdżała z Wilna.

Pośredni spór między Grybauskaite a badaczami jej biogra­fii wynikł z powodu jej pracy w Moskwie na Akademii Nauk Społecznych, gdzie pisała rozprawę doktorską.

„Na temat ówczesnych stosunków rolniczych. A propos, Dalia (niech wybaczy, że mówię jej po imieniu) tę rozprawę napisała bardzo szybko. Uczyła się zaocznie. Ja w tym czasie uczyłem się w trybie dziennym w Moskwie, na Akademii Nauk Społecznych, ona również tam – tylko w trybie zaocznym.

I    w bardzo krótkim czasie napisała dysertację, zdała celująco wszystkie egzaminy i obroniła rozprawę.

Tak mówił jej kolega z Wyższej Szkoły Partyjnej – Vytautas Lukosevicius. To samo – zaprzeczając, że była etatową dokto­rantką Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR – mówiła również pani prezydent.

Jednak dokumenty świadczą o tym, że było nieco inaczej. Przed nami sprawozdanie wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej za lata 1987-1988 przesłane do Moskwy. Imienny wykaz pra­cowników. Katedra Ekonomii Politycznej. Bagdonavicius – jest, Kondraska – jest, Lukosevicius – jest, Malinauskiene – jest. Sustavicius – również jest. A Grybauskaite? Nie ma!

Jest tylko »wakat na stanowisko ze stopniem doktora i sta­żem co najmniej 5 lat«. Grybauskaite pojawia się znów w ta­kim samym sprawozdaniu w Moskwie, lecz rok później.

Przeglądamy inne dokumenty. Korespondencja wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej z Akademią Nauk Społecznych przy KC KPZR. W tej korespondencji Grybauskaite jest wymienia­na jako »współpracownik etatowy«, czyli »doktorant etato­wym Jednak Grybauskaite temu zaprzecza.

Podsumujmy: w wykazie wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej wysłanym do Moskwy jej nie ma. W Moskwie rów­nież jej nie ma, ponieważ sama tak twierdzi. Gdzie zatem prze­padła? Gdzie się uczyła i czego? Rozprawa została przygoto­wana eksternistycznie – to również zapisano w dokumentach przechowywanych w Archiwum Akt Specjalnych”.

A przy tym co to za rozprawa! Została umieszczona na li­tewskiej stronie internetowej Ekspertai.eu – całość zeskanował ktoś, kto odszukał ją w archiwach[3]. Tytuł: „Współzależność własności społecznej i prywatnej w funkcjonowaniu rolni­czych gospodarstw domowych”. Rozprawa na stopień doktora nauk ekonomicznych obroniona w 1988 r. na Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR w Moskwie.

To jeden z pierwszych cytatów: „W. I. Lenin uważał, że przy ogólnonarodowej własności ziemi użytkowanie działek i wszel­kie rodzaje małej własności mogą być źródłem spekulacji pro­duktami rolnymi, a także mieć inne negatywne skutki. Sama forma stosunków towarowo-pieniężnych stwarza możliwość pojawienia się relacji, które są obce socjalizmowi: np. wyna­jem mieszkań w budynkach ogólnopaństwowych, wykorzysta­nie mienia społecznego dla własnej korzyści. Otrzymywanie przez część ludności bezpodstawnie wysokich dochodów rodzi psychologię rynkową i pazerność”.

Albo inny fragment: „Władza radziecka zwyciężyła w kra­ju burżuazyjnym, z jaskrawo zarysowaną polityką nacjona­listyczną i tradycyjnie niechętnymi poglądami wobec ZSRR. Propaganda burżuazyjnego kierownictwa spowodowała działalność oszczerczą wobec praktyki kolektywizacji w pań­stwie. Przeobrażenia socjalistyczne wsi zostały wstrzymane przez wojnę i okupację, która trwała prawie trzy lata. W cza­sie okupacji wszystkie zmiany były zawieszone. Ziemia została oddana poprzednim właścicielom i kolonizatorom niemiec­kim, którzy uważali Litwę za możliwe miejsce swego zamiesz­kania”.

Mowa tu o okupacji nazistowskiej, lecz ani słowem nie wspomina się o tym, że ZSRR na Litwie również był nieproszo­nym gościem. Przeciwnie – podkreślana jest pozytywna rola władzy radzieckiej! Należy przypomnieć, że rozprawa zosta­ła obroniona w 1988 r., gdy w Polsce „Solidarność” wyszła już z podziemia, a na Litwie powstał ruch niepodległościowy Sąjudis. Nie ma nawet aluzji do tego, jak Grybauskaite reaguje na zmiany, którymi żyje jej kraj. Wprost przeciwnie: „Z punk­tu widzenia zaostrzenia walki klasowej reforma z lat 1940-41 odbywała się w sposób dość pokojowy i została wprowa­dzona w życie w ciągu prawie pół roku. Po wojnie sytuacja znacznie się zmieniła. Reforma była przeprowadzana przez prawie półtora roku, do 1948 r., przy trwającej ostrej walce klasowej. Wrogowie klasowi próbowali powstrzymać socja­listyczne zmiany w republice za pomocą okrutnego terroru, gróźb, szantażu, zniszczenia aktywu radzieckiego i partyjnego, organizatorów ruchu kołchoźniczego. Z rąk wrogów klasowych w latach powojennych zginęło ponad 13 tysięcy osób. Tak długotrwała walka klasowa została pogłębiona przez wpływy z zewnątrz: propagandę radiową, dostawę broni i towarów zza granicy. Chłopi byli przestraszeni i bali się nawet przyjmować ziemię, nie wspominając już o łączeniu się w spółdzielnie czy kołchozy”.

Następnie z dyplomem doktora nauk ekonomicznych Grybauskaite powraca na Litwę, aby kontynuować karierę w Wyższej Szkole Partyjnej. Później, po ogłoszeniu niepodle­głości, wszystkie dyplomy wydawane studentom przez szkołę partyjną zostaną uznane za nieważne z jednej prostej przyczy­ny – zamiast wykształcenia przekazywano tam wyłącznie ide­ologię. W związku z tym pytanie, które zadaje Janutiene, jest jak najbardziej zasadne:

„Grybauskaite zainteresowała się tym, żeby uzyskać stopień naukowy na Litwie. Z doktora nauk z zakresu ekonomii so­cjalistycznej stała się doktorem habilitowanym na niepodle­głej Litwie. Dr hab. Dalia Grybauskaite. A przecież swoją pracę naukową napisała i obroniła nie gdzieś tam, ale w centrum wszystkich wyższych szkół partyjnych Związku Radzieckiego w Moskwie – na Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR. Skoro uznano za nieważny dyplom potwierdzający uzyskanie wyższego wykształcenia, to dlaczego ma być ważny stopień doktora habilitowanego?”.

Wróćmy do roku czasu, który zniknął z jej biografii. Jeśli Grybauskaite mówi prawdę i nie była doktorantką akademii przy KC KPZR, gdzie zatem podziewała się w roku akademic­kim 1987-1988?

Znany litewski dziennikarz Rimvydas Valatka stwierdził publicznie, że Grybauskaite jest człowiekiem pozbawionym

 

ideologii: „Proszę pamiętać, że w trakcie kampanii wyborczej sama powiedziała, że może być zarówno socjalistą, jak też libe­rałem czy konserwatystą. Może być kimkolwiek”.

„Do nowej Litwy oni się po prostu przystosowali”. Sami, z własnej inicjatywy? Czy tak im kazano? A jeśli tak, to kto kazał?

Litwa nie pozbyła się brzemienia sowieckiego. Janutiene pi­sze, że „kontakty, pokrewieństwo, znajomości” były zarówno w okresie radzieckim, jak i obecnie, najskuteczniejszym sposo­bem rozwiązywania wszystkich problemów.

Czy nie tutaj tkwi przyczyna zwolnienia prezydent Grybauskaite z odpowiedzialności za jej działalność w czasach ZSRR?

I            czy aby znane są wszystkie fakty na temat jej pracy?

Najwięcej wątpliwości pozostawia trzecia kwestia: epizod z jej ojcem, który pracował w strukturach NKWD. Grybauskaite odpiera ten zarzut, twierdząc, że jej ojciec był po prostu straża­kiem. Ale dokumenty uparcie mówią coś innego.

Latem 2013 r. portal litewski Ekspertai.lt opublikował materiały archiwalne – akta osobowe nr 2052/4 Polikarpasa Grybauskasa, współpracownika NKWD urodzonego w 1928 r.

-     które wcześniej przechowywano w Archiwum Akt Specjalnych Litwy z klauzulą „ściśle tajne”. W rezultacie dane te zostały umieszczone w zbiorach ogólnie dostępnych4.

Ironia losu: w latach 1943-1944 ojciec Grybauskaite był „czerwonym partyzantem” i służył w oddziale „Birutes-4”. Natomiast 70 lat później jego własna córka zostanie tym pre­zydentem Litwy, który wprowadzi odpowiedzialność karną za wysławianie okupacji sowieckiej. Córka przeciwko ojcu?

4    
http://issuu.com/jora66/docs/grybauskas_polikarpas_byla78?e=
10464798/6582324

Ojciec Grybauskaite pracował w zmilitaryzowanej straży pożarnej NKWD i musiał przejść specjalną pogłębioną wery­fikację, zanim został uznany za swojego. W 1985 r. otrzymał nawet order Wielkiej Wojny Ojczyźnianej II stopnia.

W tym samym 1985 r. Grybauskaite już pełną parą pracuje w szkole partyjnej w Wilnie. Młodej komunistce z „popraw­ną” biografią przydziela się bardzo odpowiedzialne zadania

-    w 1986 r. została wysłana za granicę jako kierownik gru­py z ramienia szkoły partyjnej. Kierownik grupy w tym czasie był faktycznie nadzorcą, który wraz ze współpracownikiem KGB (a tacy jeździli obowiązkowo) wszystko kontrolował. Kandydata na kierownika zawsze uzgadniano z KGB i uzna­wano za „osobę zaufaną” KGB. Musiał on informować „kogo trzeba” o wszystkim.

Grybauskaite wyjaśnia to zupełnie inaczej: „Złożyłam zgło­szenie do biura Inturist na kierownika grupy turystycznej do państw Układu Warszawskiego”. Inturist był jedyną i pań­stwową agencją turystyczną Związku Radzieckiego utworzoną w 1929 r. przez Józefa Stalina. Pracowali tam współpracowni­cy NKWD, a następnie KGB. Nawet po rozpadzie ZSRR, gdy Inturist został sprywatyzowany w 1992 r., wysokie stanowisko zajmował w nim były szef KGB ZSRR Kriuczkow Znany jest również taki fakt: w 1972 r. kanadyjska drużyna hokejowa za­płaciła agencji Inturist karę w wysokości 3800 dolarów, ponie­waż legendarny hokeista Phil Esposito rozmontował oprawę lampy w hotelu, poszukując „pluskiew” KGB. Opowiadał, że Kanadyjczycy znaleźli wtedy mnóstwo urządzeń podsłucho­wych rozmieszczonych w wielu miejscach: za lustrami, w ła­zience, pod łóżkami. Inturist był właścicielem hotelu Litwa w Wilnie.

Janutiene opisuje, jak w marcu 1986 r. dla trzydziestoletniej wówczas towarzyszki Grybauskaite już po raz trzeci podniosła się „żelazna kurtyna”. Po raz pierwszy stało się to, gdy miała szesnaście lat i wyjechała do Polski w sprawach prywatnych.

W 1980 r. podróżowała na Węgry, jednak nie z Litwy, ale z Leningradu, z fabryki Rot-Front, o której jeszcze będzie mowa. A teraz jest już kierownikiem grupy

Co dziwne, w aktach osobowych nie ma więcej żadnych dokumentów na temat wyjazdu, którego była kierownikiem. A może nie powinno ich być? Nic podobnego! W aktach in­nych pracowników można znaleźć masę dokumentów zwią­zanych z każdym wyjazdem. Przykładowo: gdy towarzyszka Brazaitite wyjeżdża jako kierownik grupy do socjalistycznej Czechosłowacji, skrupulatnie wypełnia cały plik ankiet, załą­czając masę innych dokumentów. Pozwala to przypuszczać, że niezbędne dokumenty zostały usunięte.

Kim zatem była Grybauskaite? Po prostu „zaufaną osobą” KGB czy może jednak agentem?

Widmo NKWD i KGB towarzyszy Grybauskaite podczas ca­łej kariery Dziewczyna z sowieckiego przedmieścia wstąpiła na prestiżowy Uniwersytet Leningradzki (gdzie uczył się również Władimir Putin), została przyjęta do pracy na stanowisku kie­rowniczym w szkole partyjnej, której rektorem był Sigizmund Szymkus – niezwykle dumny ze swojego tytułu „Zasłużonego pracownika organów bezpieczeństwa państwowego”, jej ojciec z NKWD dostał odznaczenie od władz sowieckich, na wyjaz­dy zagraniczne Grybauskaite jeździła jako „kurator”. Śladów jest bardzo wiele. Jeden z nich prowadzi do Leningradu, gdzie Grybauskaite się uczyła. I gdzie działała szkoła KGB.

/FOTO 12/ Na karcie białego albumu – P. Grybausko, akt urodzenia. W rogu napis „duplikat” wydany 3 lipca 1952 r. Imiona rodziców na manierę litewską: Julijona, Vladas. Miejsce urodzenia: wieś Liaubar^, data urodzenia: 8 stycznia 1928 r.. W zasadzie nic szczególnego w tym dokumencie nie ma. Znacznie ciekawsza jest fotografia, która ukazała się po przewróceniu przez Valeriję kartki albumu. Na niej widoczny jest starszy Polikarpas w mundurze sierżanta NKWD patrzący wprost w aparat.

/Fotografia z książki R. Janutiene „Czerwona Dalia”/

/FOTO 8/ Polikarpas Grybauskas sfotografowany w czasie gdy – według opowiadań Valeriji Grybauskiene, jego pierw­szej żony – chwalił się przyjaźnią z czerwonymi partyzantami. Zdjęcie z 1945 r. Mundur i pagony odpowiadają opisowi mun­duru czerwonoarmisty z NKWD.

/Fotografia z archiwum prywatnego V. Grybauskiene/

/FOTO 7/ Polikarpas Grybauskas. Zdjęcie, które odkleiło się z nowego aktu urodzenia wydanego w 1952 r.

/Fotografia z archiwum prywatnego V. Grybauskiene/

/FOTO forma-BB-04 и forma-BB-05/ 1 – czerwonoarmista,

2   – starszy szeregowiec, 3 – kapral, 4 – plutonowy, 5 – sierżant, 6 – starszy sierżant.

/FOTO februar09-1424/ W celu odróżnienia wojskowych NKWD od innych struktur NKWD i pracowników organów bezpieczeństwa państwowego mieli oni nosić na ramionach emblematy typu wojskowego. Jednak pracownicy organów bezpieczeństwa nie nosili żadnych emblematów (Iremember. ru).

Widać to na fotografii z tych czasów. Pagony zabójcy z NKWD Nachmana Duszańskiego i jego kolegów, których zdjęcia tu umieszczono są właśnie takie – bez znaków rozpo­znawczych.

Żołnierze i sierżanci wojsk wewnętrznych NKWD również nie nosili emblematów na pagonach.

Na fotografii Polikarpasa Grybauskasa z 1945 r. (patrz wy­żej) pagony i mundur odpowiadają opisowi munduru czerwo­noarmisty NKWD.

Na zdjęciu wykonanym po roku 1950, czyli po odsiadce w więzieniu (według słów jego pierwszej żony), po mundurze Polikarpasa Grybauskasa widać, że został awansowany: mun­dur i pagony odpowiadają opisowi munduru sierżanta NKWD.

/FOTO 6/ Polikarpas Grybauskas (w środku) sfotografowa­ny około roku 1950 – według słów Valeriji Grybauskiene, już po odbyciu wyroku w więzieniu. Mundur i pagony odpowia­dają opisowi munduru sierżanta NKWD.

/Fotografia z archiwum prywatnego V. Grybauskiene/

Zamieszczamy również kilka fotografii pracowników orga­nów bezpieczeństwa NKWD z czasów powojennych, aby czy­telnicy mogli samodzielnie porównać mundury i emblematy tych ludzi ze zdjęciami Polikarpasa Grybauskasa.

/FOTO afanasyeva 1_2/ Afanasjewa, NKWD.

/Fotografia ze strony internetowej Iremember.ru/

/FOTO afanasyeva 1_3/ Afanasjewa z mężem, oboje praco­wali w NKWD.

/Fotografia ze strony internetowej Iremember.ru/

/FOTO dushanskiy/ Nachman Duszański, NKWD i SMIERSZ

-   kontrwywiad NKWD „śmierć szpiegom”.

/Fotografia ze strony internetowej Iremember.ru/

Do NKWD należeli i bandyci prześladujący partyzantów, i milicja, i strażacy. Wszystkie pozawojskowe siły utrzymania porządku. Mundury wojskowych odróżniały się jeszcze innymi szczegółami, ale NKWD nie chciał się dodatkowo wyróżniać.

 

STUDENTKA KGB

W latach 1949-1950 Hejdar Alijew uczył się w specjal­nej wyższej szkole KGB w Leningradzie. Po zakończeniu na­uki z ocenami celującymi powrócił do ojczyzny i kontynu­ował działalność w Komitecie Bezpieczeństwa Państwowego (KGB) w Baku w stopniu starszego lejtnanta. Okres nauki w Leningradzie był jednym z tych etapów, który pozostawił głęboki ślad w jego życiu. Jak sam stwierdził, w trakcie nauki w specjalnej szkole w Leningradzie nauczył się wielu rzeczy, które przydały się w późniejszej działalności. Hejdar Alijew wspominał, że słuchał wykładów wielu wybitnych profeso­rów Uniwersytetu Leningradzkiego, których zapraszano do tej szkoły. Właśnie wtedy zakochał się w Leningradzie – nie tylko w jego architekturze, lecz również historii, atmosferze i kul­turze, która miała wielki wpływ na jego dalsze życie. Alijew uważał, że pracownik organów bezpieczeństwa powinien być kulturalnym intelektualistą, aby umieć rozmawiać zarówno z poetami, kompozytorami, pisarzami, naukowcami, jak i z prostymi obywatelami.

Ta informacja pochodzi z oficjalnej strony internetowej Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego Azerbejdżanu. Hejdar Alijew był prezydentem Azerbejdżanu w latach 1993-2003.

Można zapytać, co ma wspólnego Azerbejdżan z Litwą? Bardzo dużo. Zarówno Litwa, jak i Azerbejdżan były „kolonia­mi” Związku Radzieckiego, jego republikami. Wątpliwe, aby ktoś uwierzył, że Kreml bez żalu oddał wszystkie byłe republi­ki nowym niepodległym władzom, że pogodził się z tym i za­pomniał o nich. Formalnie wszystkie republiki uzyskały nie­podległość. W rzeczywistości było inaczej – KGB nie zniknął i o niczym nie zapomniał. Jego agenci nie tylko pozostali, ale nawet – jak pokazuje przykład Azerbejdżanu – poszli do góry W sytuacji gdy stare kadry utraciły zaufanie, „zauroczyć” obywateli mogli tylko specjalnie do tego przeszkoleni ludzie. Tacy, którzy – jak powiedział Alijew – potrafią rozmawiać i z prostym człowiekiem, i z intelektualistą. Którzy potrafią zaskarbić sobie sympatię i zaufanie.

Z materiałów WikiLeaks na temat Grybauskaite: „Pomijając jej niechęć do utrzymywania jakichkolwiek kontaktów, zadziwia swoich podwładnych umiejętnością roz­mowy w cztery oczy w czasie kampanii, co jest uważane za jej taktykę: kampania wyborcza to »kontakt celowy«”.

Tę pożyteczną umiejętność zauważa również Janutiene i pi­sze, że Grybauskaite, która przez całe dorosłe życie pracowała chyba wyłącznie jako nauczycielka (tzn. pracowała indywidu­alnie – przygotowywała wykłady, a następnie wygłaszała stu­dentom), w późniejszym etapie nagle przeszła na inny rodzaj działalności – została negocjatorem. A sztuki negocjacji trzeba się nauczyć – przecież ważne, aby umieć przekonać oponenta do swoich racji. Tutaj nie wystarczy stawianie dwójek; tutaj trzeba tak przekonać ludzi, by ci uwierzyli.

W swojej książce zatytułowanej „Zapiski speleologa z Kremla” rosyjska dziennikarka Jelena Tregubowa, która przez wiele lat pracowała jako korespondentka na Kremlu i zna wiele sekretów Władimira Putina i jego świty, sformuło­wała główną zawodową cechę charakterystyczną pracownika służb specjalnych: rozmawiając z człowiekiem, stara się być jego lustrzanym odbiciem. To znaczy, że staje się pożądanym rozmówcą, bo zaczyna używać języka osoby, z którą rozmawia. A człowiek zaczyna. mu wierzyć, zgadzać się i kiwać głową.

Tego właśnie można nauczyć się w szkole KGB, jeśli wierzyć słowom Hejdara Alijewa.

W listopadzie 2013 r. były szef Departamentu Bezpie­czeństwa Państwowego Litwy Jurgis Jurgelis opublikował obszerny artykuł, w którym rozważał, czy Grybauskaite była współpracownikiem KGB i czy uczyła się na specjalnych kur­sach w Leningradzie. „Pomyślmy: prezydent państwa, które jako pierwsze wyrwało się z objęć KGB, jest kursantką KGB! A może cała nasza niepodległość to projekt KGB? Może wszy­scy jesteśmy marionetkami w światowym projekcie KGB, a za sznurki pociągają rosyjskie służby specjalne, administracja pre­zydenta Rosji Putina, a może nawet i sam Putin, jeśli znajdzie chwilę czasu?” – pisał Jurgelis. Później jednak powie: nie, to wszystko wymysły, Grybauskaite nie mogła być agentką KGB.

Interesujące, dlaczego właśnie Jurgelis zaczął bronić Grybauskaite? To w końcu ten sam człowiek – generał i były szef departamentu bezpieczeństwa – który w 2003 r. w taki sam sposób bronił byłą premier Litwy Kazimirę Prunskiene, również oskarżoną o związki z KGB. Jurgelis został nomino­wany na stanowisko dyrektora departamentu bezpieczeństwa za rządów Algirdasa Brazauskasa, byłego komunistycznego lidera sowieckiej Litwy, który kierował krajem również póź­niej – najpierw jako premier, następnie prezydent – nie tracąc przy tym popularności wśród narodu. To właśnie Brazauskas wybrał Grybauskaite na stanowisko ministra finansów i miał wpływ na jej wyznaczenie na członka Europejskiej Komisji Budżetowej. Gdy w 2003 r. litewskie media i oponenci poli­tyczni zaatakowali Prunskiene, Jurgelis był jedynym członkiem komisji specjalnej, który odmówił podpisania dokumentu uznającego ją za agentkę KGB.

A w 2008 r. Jurgelis dostał się do Sejmu Litwy z ramienia partii rolników-narodowców, której szefem była Prunskiene. Czyżby wdzięczność za wsparcie?

A obecnie ten sam Jurgelis wpiera Grybauskaite.

Czyżby KGB nie zostawiał swoich na pastwę losu?

Grybauskaite ma „predyspozycje” do pracy w organach bez­pieczeństwa: pochodzi z biednej rodziny, ojciec był „czerwo­nym partyzantem” i enkawudzistą, nikt z członków rodziny współczucia dla reżimu „kapitalistycznego” nie miał. Skoro zatem Grybauskaite nie ma żadnych związków ze służbami, to jak to możliwe, że powróciła z Leningradu ze znajomością języków obcych i karate, czyli wschodniej sztuki walki, której nauka znajdowała się pod wyłączną kontrolą KGB?

W Leningradzie Grybauskaite uczyła się wieczorowo na Wydziale Ekonomicznym Leningradzkiego Uniwersytetu Państwowego. Naukę rozpoczęła w 1977 r., zakończyła – w 1983. „Potem od razu wróciłam na Litwę” – wyjaśniała pod koniec 2013 r. sama Grybauskaite w związku z pogłoskami

o współpracy z KGB.

W 2009 r. na temat studiów Grybauskaite w radzieckim Leningradzie pisała litewska gazeta „Republika”.

„Nie rozumiem. Ani wykładowcy, ani studenci. Mieliśmy niewielu studentów z krajów nadbałtyckich – każdy by ich za­pamiętał. Do tego razem z nią na początku studiował Kudrin, Illarionow i Gref. Jednak szybko znudziło im się nocne wyła­dowywanie wagonów i przenieśli się na studia dzienne, a Dalia została na wieczorowych”. – Przedstawiciel uniwersytetu opo­wiadał „Republice”, że o Grybauskaite z jakiegoś powodu nikt nie pamięta. Rzeczywiście nie pamięta czy też może w tym czasie opanowała już do perfekcji umiejętność pozostawania niezauważalną?

Nauka i ciężka praca przez całe dnie powodowały, że stu­denci nie mieli czasu na „życie studenckie”. Grybauskaite była pilną studentką, dlatego nie marnowała czasu na rozryw­ki i inne bzdury. Znajdowała go jednak na przewodniczenie organizacjom społecznym i kołom naukowym. Właśnie tak ją zapamiętał docent Katedry Ekonomii Politycznej Michaił Aleksiejew.

„Tak, to była moja ulubiona studentka. To ona mnie jesz­cze pamięta? Doskonale orientowała się we wszystkich przed­miotach, była bardzo aktywna. Dziwiliśmy się tylko, jak moc­no była osadzona ideologicznie w odróżnieniu od naszych, chociaż sama Grybauskaite pochodziła z Litwy, gdzie przewa­żały nastroje antyrosyjskie”.

Inny fakt z biografii Grybauskaite – fabryka Rot-Front. Jeden z jej wykładowców bardzo się dziwił, gdy się dowiedział, że pracuje właśnie tam. To jeden z bardzo niewielu przypadków w jego praktyce – jak mówi profesor Nikołaj Kolesow „Teraz można nie pracować, ale kiedyś wszyscy studenci wieczorowi musieli pracować w swojej specjalności. Nie rozumiem, co ma wspólnego specjalność ekonomiczna z fabryką futer”.

Sama fabryka obecnie wyprowadziła się z centrum na Wyspę Wasilewską. Ale jej dawni pracownicy doskonale pa­miętają siebie nawzajem. Walentina pracowała w latach 1976-89 na wydziale szycia. Twierdzi, że Grybauskaite, która mówi, że „była robotnikiem, a później laborantem”, podaje tylko część prawdy

Pracownicy wydziałów fabryki stwierdzają: „Grybauskaite się tam nie pojawiała, tylko kilka razy mignęła w laborato­rium, gdzie zatrudniono ją – sądząc po wszystkim – tylko po to, żeby stworzyć dla niej odpowiednią biografię robotniczą dla partii komunistycznej”.

Jeden z członków rady zakładowej fabryki Rot-Front, któ­ry poprosił o anonimowość, pamięta Grybauskaite: „My na­wet przygotowywaliśmy jej opinię na uniwersytet. Bardzo pozytywną. Kierownictwo kazało napisać, że uczestniczyła w socjalistycznych zawodach o terminowe wypełnienie planu X pięciolatki i walczyła o tytuł »Przodownika pracy komu- nistycznej«. Była przecież aktywistką komsomołu, a później partii. Któregoś razu postanowiła podczas czynu społecznego

-    niczym Lenin – zostać wzorem do naśladowania i wyrobiła 170 proc. normy Kierownictwo często przyznawało jej pre­mie”.

Jak się okazało, trudno poznać szczegóły leningradzkiego życia Grybauskaite. Czas zatarł wszystkie złe chwile, o których nie powinna wiedzieć większość.

Dwadzieścia lat temu fabrykę przeniesiono w nowe miej­sce, a laboratorium zlikwidowano. Nikt nie jest w stanie po­wiedzieć, gdzie są teraz koledzy Grybauskaite. W tajemniczych okolicznościach zniknęło również archiwum z aktami osobo­wymi pracowników. Jeszcze mniej wiadomo na temat tego, gdzie w tamtym okresie mieszkała Grybauskaite. Udało się tyl­ko potwierdzić, że nie była mieszkańcem żadnego z domów studenckich uniwersytetu.

Pytania, pytania, pytania. Znów zaginęły akta osobowe – podobnie jak w przypadku Archiwum Akt Specjalnych Litwy Zagadki. I podejrzenia.

Podejrzenia – zdaje się, że na Litwie jest nimi przesycone powietrze wokół każdego polityka. Każdy podejrzewa swo­ich przeciwników o tajną współpracę z KGB lub Kremlem. Krystalicznie czystych ludzi nie ma.

Oto pewna historia na temat byłej premier Litwy Kazimiry Prunskiene, którą opowiada Ruta Janutiene, su­gerując, że Grybauskaite wykorzystała Prunskiene do bu­dowania swojego wizerunku, chociaż obie panie są bardzo podobne:

„Po podjęciu decyzji o kandydowaniu na prezydenta Grybauskaite musiała zrozumieć, że jeśli będzie konkurować z konserwatystami, to cała jej komunistyczna przeszłość i służ­ba na dworze Brazauskasa stanie się tematem wnikliwej pu­blicznej debaty. Ale jeśli zrobić odwrotnie, to popierający ją prawicowcy sami sobie zamkną usta.

Lecz po co jej taka władza? Przecież władza to tylko instru­ment.

Dalia Grybauskaite nigdy nie ogłaszała niczego, co mogło­by przypominać porządny program wyborczy. Po wyborach zdarzyło się coś kuriozalnego: aby zapełnić pustkę, Waldemar Tomaszewski zaproponował, żeby wykorzystać jego program wyborczy

-                 Nie wygrałem, więc nie jest mi już potrzebny – powie­dział, chyba najlepiej ze wszystkich rozumiejąc, że nie był to do końca żart.

Kampania wyborcza Grybauskaite była dziwna. Prawie nie uczestniczyła w publicznych debatach z innymi kandydata­mi, ale jeździła po Litwie i wbijała szpile w »oligarchów« – za­równo tych, którzy dali pieniądze na jej kampanię, jak i tych, którym pomogła wybrnąć z kłopotów, będąc ministrem finan­sów.

Jednak najciekawszym trikiem zastosowanym podczas kre­owania jej wizerunku było wykorzystanie widma Kazimiry Prunskiene.

Był to proces, którego świadkiem i uczestnikiem była sama zainteresowana. Jeszcze przed wyborami, kiedy nikt nawet nie słyszał o planach Vytautasa Landsbergisa związanych z Dalią Grybauskaite, jego zespół zajmował się bardzo dziwną działal­nością.

Kazimira Prunskiene w tym czasie była już zupełnie nie- znaczącą personą w polityce. Zbitą kartą. Księżniczką, która przechowuje swoje medale w kartonie od żelazka. Jednak tak to wszystko jest już zbudowane, że jednego ssaka można zjeść kilka razy. A tym ssakiem jest człowiek.

Pewnego dnia, tuż przed wyborami prezydenckimi, obok budynku stacji telewizyjnej LNK, w której wtedy pracowałam, zaczęła kręcić się jakaś podejrzana kobieta i koniecznie chciała się ze mną spotkać. Zatem spotykamy się, włączam kamerę. Kobieta tylko błaga, by nie wymieniać jej prawdziwego nazwi­ska, bo wtedy niezwłocznie deportują ją z Niemiec za kontak­ty z KGB.

Niech będzie – powiedzmy, że ma na imię Onute. I Onute za­czyna mówić. Sprawa »Wiedźmy« ciągnie się w sądach już pra­wie od dziesięciu lat, a tutaj zjawia się pierwszy naoczny świa­dek! Opowiada całkowicie prawdziwą historię o wyjazdach

Prunskiene do Niemiec w czasach sowieckich. Przyniosła rów­nież zdjęcia, na których widać, jak młoda i elegancka Kazimira Danute na bankiecie u Onute w Niemczech Zachodnich siedzi wraz z pracownikami KGB z jakiegoś towarzystwa »Ojczyzna« (»Teviske«).

Towarzystwo »Ojczyzna« w czasach sowieckich było filią KGB koordynującą kontakty z Litwinami za granicą. Wydawało tygodnik »Kraj Ojczysty« (»Gimtasis Krastas«), którym kiero­wał w tym czasie znany z charyzmy dziennikarz Algimantas Cekuolis. Ulica Tilto w Wilnie. Siedziba »Ojczyzny« znajduje się na pierwszym piętrze, na parterze – Cekuolis. Po ogłoszeniu niepodległości ów Cekuolis w telewizji państwowej coś nie­zbyt jasno przebąkiwał na temat swojej kolaboracji, po czym został całkowicie zrehabilitowany. Jeszcze przed tym »wyzna- niem« stał się członkiem grupy założycielskiej ruchu Sąjudis i na jego szefa zaproponował Vytautasa Landsbergisa. Właśnie on.

W »Kraju Ojczystym« Cekuolisa w okresie największego rozkwitu Sąjudisu pracowała późniejsza sekretarz prasowa Adamkusa, przyszły dyplomata litewski i była redaktor cza­sopisma »Komunista« Violeta Gazauskaite. Wydaje mi się, że to właśnie ona – popijając któregoś razu kawę w pałacu Rady Najwyższej – zachęciła innych dziennikarzy do poparcia Pruskiene w trudnej walce z »patriotami«. Można pomyśleć: dziwny łańcuch przypadków.

Gdy Onute z Niemiec zaczęła opowiadać przed kamerami w programie »Najwyższa instancja«, nic nie mogło jej już po­wstrzymać: według jej słów nie tylko Prunskiene, lecz również wielu innych natchnionych ludzi, którzy budowali niepodległą Litwę, bywało u niej na bankietach.

Przekazano mi płytę kompaktową. Był na nią nagrany wywiad udzielony przez Prunskiene dziennikarce Laimie Pangonyte, którego nie opublikowała, a płytę z jakiegoś powo­du wywiozła do Włoch i zachowała. W wywiadzie Prunskiene opowiada na temat swojej współpracy z KGB, którą nawiązała przed wyjazdem na delegację do Niemiec Zachodnich:

„Musiałam ustalić jakieś słowo-klucz, jakieś hasło, którego będę używać podczas rozmów telefonicznych, by nie poda­wać swojego nazwiska. Już wtedy tego człowieka, który mnie pozytywnie… z którym miałam się kontaktować, miałam in­formować, jeśli będę zmuszona wyjechać do innego miasta… Pomyślałam, że do takich celów nadaje się tylko hasło zwią­zane imieniem jakiejś wiedźmy Powiedziałam: jakie mogę so­bie tutaj teraz wybrać imię, żeby nie było to moje własne, ani żeby żadnych ładnych słów nie wykorzystywać w tym celu. Stwierdziłam: znam tylko jedną wiedźmę – to wiedźma z góry Szatria.”

Właśnie tak Prunskiene napisała w swoim zobowiązaniu współpracy z KGB: meldunki będę podpisywać pseudonimem »Szatria«. Opowiadała również dziennikarce o swoim łączni­ku w Niemczech:

„Nazywał się Blagow i był attache naukowym. Powiedział, że jeśli będzie taka potrzeba, mam dzwonić tylko i wyłącznie do niego, że będzie to mój jedyny kontakt.”

To jasne, że taki materiał nie mógł popaść w zapomnienie. W końcu to sensacja ostatnich kilku lat: dziennikarze znaleźli brakujący element układanki! Pierwsza premier niepodległej Litwy przyznaje się do tego, że była tajnym współpracowni­kiem KGB! Tydzień później cały materiał został wyemitowany

Zupełnie przypadkowo przed naszym reportażem wyświe­tlane były wiadomości, w których coś na temat Europy i inte­gracji Litwy z Zachodem mówiła Grybauskaite. Czarne i białe. Tylko białe nie wydaje się takie czyste, jeśli obok nie ma czar­nego.

W rozdziale »Kapitalizm czekistowski« porównywałam już obie panie – Kazimirę i Dalię. Obie są ekonomistkami, które pracowały nad analizą przemian gospodarki rolnej w Związku

Radzieckim. Jedna – Kazimira – nawet wygadała się, że podkra­dała pomysły dla Jurija Andropowa od niemieckich luminarzy Co zaś się tyczy Dalii, to tworząc swój opus magnum – rozpra­wę na temat wpływu własności prywatnej na produkcję rolną

-    zniknęła nawet z list pracowników Wyższej Szkoły Partyjnej i z jakiegoś powodu unika tego tematu. Tylko po co go unikać, skoro dokumenty niezależnie od wszystkiego świadczą o tym, że w tym czasie przebywała w Moskwie. Zupełnie niedaleko tego miejsca, w którym reformatorzy Związku Radzieckiego tworzyli swoje plany

Obu paniom – Prunskiene i Grybauskaite – pomógł się wspiąć na szczyty władzy, jak również wręczył stery pań­stwa jeden i ten sam człowiek – Vytautas Landsbergis – przez złe języki nazywany »Wujaszkiem« (to pseudonim, którego używał w kontaktach z KGB). Mało tego, doradca profesora Ramunas Bogdanas stwierdził, że Grybauskaite w otoczeniu Landsbergisa wcale nie znalazła się dopiero wtedy, gdy oboje przebywali w Brukseli: on jako parlamentarzysta europejski, ona – jako komisarz europejski. Nie, Grybauskaite zaczęła wyświadczać przysługi profesorowi od razu po »wywietrzeniu się« zapachu komunizmu w Waszyngtonie – na Uniwersytecie Georgetown, czyli mniej więcej pod koniec 1991 r.

Lecz początek rządów Prunskiene na niepodległej Litwie by3 w miarź bezproblemowy, ponieważ nigdy nie była tak dziewiczo »czerwona« – w przeciwieństwie do Grybauskaite. Nie miała również problemów z wyjaśnieniem swojego pocho­dzenia: urodziła się na wsi w rejonierewiźciańskim. Rodzice, bracia – wszystko widać jak na dłoni.

Gdy jedna z nich spadała w przepaść ze szczytu, druga na ten szczyt się wspinała. Jednak ta huretawka ich kariery również były reżyserowane. Charyzma i kontakty Prunskiene długi czas potrafiły zdziałać cuda. Nawet po upublicznieniu napisanego i własnoręcznie podpisanego przez nią zobowią­zania do współpracy z KGB nadal potrafiła być poważnym konkurentem w świecie polityki. Na tle ostatecznego upadku Prunskiene wypłynęła Grybauskaite.

Pierwsza aktorka się zestarzała, jej reputacja została nad­szarpnięta, dlatego otrzymała inną rolę – rolę straszaka. Choć może to nie do końca trafne porównanie, w Rosji do straszenia wyborców mają Władimira Żyrinowskiego. Jego partię – ni­czym straszak – wystawiają na pokaz wtedy, gdy potrzebne jest odpowiednie tło dla głównego i jedynie słusznego kandydata. Według niektórych źródeł Żyrinowski również ma doświad­czenie we współpracy z tajnymi służbami ZSRR. Rodzi się ta­kie sterowane widmo.

Prunskiene idealnie nadawała się do roli widma, ponieważ jeszcze przed rozpoczęciem kampanii Grybauskaite zdążyła zawiązać sojusz z partią Putina Jedna Rosja. Dlaczego? Być może dlatego, że w krytycznym momencie zabrakło jej środ­ków na dalszą konspirację. Takich sojuszy politycznych nie zawiązuje się z pewnością po to, żeby w przypadku popad- nięcia w tarapaty (Prunskiene w 2012 r. miała udar mózgu) znaleźć się w specjalnej klinice moskiewskiej, a po wybudze- niu się ze śpiączki zacząć mówić po portugalsku. W języ­ku, o którym nie wspomina się w żadnej oficjalnej biografii Prunskiene”.

Druga historia związana jest z samym Vytautasem Landsbergisem – jednym z twórców nowej Litwy Jemu rów­nież nie dało się uniknąć piętna współpracownika KGB, ale po dziś dzień Landsbergis z sukcesem odpiera wszystkie za­rzuty Obecnie jest deputowanym Parlamentu Europejskiego z ramienia Litwy W 1997 r. czterech ludzi w jednym czasie stwierdziło, że może zeznać pod przysięgą, że Landsbergis jest agentem KGB. W tym czasie sam zainteresowany praco­wał w litewskim konserwatorium państwowym, a swoje ra­porty do komitetu podpisywał pseudonimem „Delude”, czy­li „Wujaszek”. Przedstawiciele KGB twierdzili, że spotykali się z Landsbergisem w mieszkaniu kontaktowym w Wilnie, w którym przekazywał im informacje na temat zachowania konkretnych osób z kręgów kulturalnych Litwy.

Dawny współpracownik KGB Gulbin opowiadał litewskiej dziennikarce Dalii Gudaviciute na temat zwerbowanego przez KGB agenta posługującego się pseudonimem „Wujaszek”. Landsbergis wytoczył sprawę Gubinowi za to oszczerstwo, jednak wileńska prokuratora okręgowa ją umorzyła.

Landsbergis musiał ponownie składać wyjaśnienia po opublikowaniu przez jednego z głównych działaczy Sąjudisu Vytautasa Petkeviciusa książki „Statek idiotów – galeria głów i obrazów politycznych”[4]. Pisze w niej na przykład, że pod­czas przyjmowania Landsbergisa w szeregi komsomolców pojawiły się wątpliwości związane z jego ojcem Vytautasem Landsbergisem-Zemkalnisem, który był ministrem w rządzie Ambrazeviciusa współpracującym z hitlerowskimi Niemcami. W konsekwencji ojciec Landsbergisa uciekł z Litwy i ukrywał się w Niemczech, jednak w połowie lat 70. XX w. Moskwa nie tylko pozwoliła mu powrócić, lecz również oddała zaję­tą nieruchomość na Litwie i przyznała osobistą emeryturę (co było możliwe wyłącznie za szczególne zasługi wobec władzy radzieckiej).

Szef komsomołu w gimnazjum, A. Ramanauskas, wyja­śnił członkom biura, że to właśnie Vytautas przyczynił się do zdemaskowania nielegalnej organizacji antysowieckiej, która działała na terenie gimnazjum. Komentarz – jak powiadają – wydaje się być zbędny

Według świadectwa R. Sprindisa – bezpośredniego przeło­żonego byłego współpracownika KGB Gulbina – Landsbergis młodszy został zwerbowany w 1955 r. w Kownie przez współ­pracownika KGB Nachmana Duszańskiego. W konsekwencji z Landsbergisem-agentem pracował A. Slawin i wspomniany już Sprindis. W Kłajpedzie, gdzie Landsbergis pracował w la­tach 1974-78, opiekę nad nim sprawował naczelnik oddziału miejskiego KGB D. Abromaitis.

Na początku lat dwutysięcznych przebywający w szpitalu obłożnie chory Abromaitis w obecności dwóch deputowa­nych do Sejmu Aloyzasa Sakalasa i V. Ciapasa, a także proku­ratora Prokuratury Generalnej Litwy C. Narinkeviciusa złożył szczegółowe zeznania na temat tajnej i świadomej współpracy ojca i syna Landsbergisów z KGB Związku Radzieckiego. Jego zeznania zostały zapisane na taśmie magnetofonowej, która zniknęła w tajemniczy sposób z sejfu litewskiej Prokuratury Generalnej za panowania wszechwładnego Landsbergisa. Abromaitis zmarł w roku 2002, dlatego jego zeznań nie można już odtworzyć. Gdzie zniknęła taśma? Landsbergis milczy.

Landsbergis często wyjeżdżał za granicę, co w epoce ra­dzieckiej było możliwe tylko dla wybranych – dla tych, którzy w zamian za „łyk swobody” zgadzali się pisać potem dono­sy na własnych przyjaciół. Landsbergis wszystkiemu zaprze­czał. Twierdził, że próbowano go zwerbować, jednak odmó­wił. A potem wydał nawet książkę z gatunku baśniowego „Przodownicy i prostacy. Świadomi i nieświadomi szerzyciele oszczerstw. Z historii jednej kampanii wyborczej”[5].

Wśród takich „szerzycieli”znalazł się równieżAloyzas Sakalas

-    wpływowy członek Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, deputowany do Sejmu. W 1949 r. Sakalas był jeszcze uczniem, gdy sowieckie służby specjalne zabrały go wprost ze szkolnej ławy i zesłały na 8 lat na Syberię. Powód: agitacja antysowiecka i próba zorganizowania grupy antysowieckiej. Wiele lat później Sakalas opowie dziennikarzom, że do łagru trafił, po tym jak koledze ze szkolnej ławy pokazał list do swojego przyjaciela Pranasa Isiunasa, zawierający stanowczą krytykę sowieckiego reżimu totalitarnego i komentujący obecność Rosjan na Liwie. Sakalas do dziś nie zdradził, kim był ów kolega z ławki, który doniósł na niego do NKWD. Powiedział tylko jedno: w aktach sprawy, które po wielu latach udało mu się wydobyć z rosyj­skiego archiwum, ten człowiek nie był wymieniony z imienia i nazwiska, lecz jedynie w formie inicjałów jako ,VL.”. A je­dynym uczniem z jego klasy, którego nie przesłuchano w tej sprawie, był Vytautas Landsbergis.

Lecz znów odbył się sąd i po raz kolejny nic nie zostało udowodnione: Landsbergis jest niewinny. Co więcej, to wła­śnie on był pomysłodawcą ustaw, które zabraniały byłym agentom KGB zajmować stanowisk państwowych, pracować w służbie dyplomatycznej itd. Tak naprawdę Landsbergisa na Litwie uważa się za jastrzębia, który może przekreślić niejedną karierę polityczną.

Ale jak udowodniliśmy wcześniej, nie jest krystalicznie czy­sty. Gdy w połowie lat 90. XX w. rozpoczął polowanie na by­łych współpracowników KGB, którzy doszli do władzy na no­wej Litwie, okazało się, że jego najbliższy pomocnik Virgilijus Cepaitis również był agentem KGB, a donosy podpisywał pseudonimem „Juozas”.

W 2014 r. Aloyzas Sakalas ponownie zabrał głos. Wysłał mediom (konkretnie portalowi internetowemu Delfi) list, w którym napisał: „W prasie można znaleźć informacje o tym, że Grybauskaite była kierownikiem kilku grup, które wyjeż­dżały zarówno do krajów kapitalistycznych, jak i socjalistycz­nych. Zgodnie z zasadami panującymi w tamtych czasach, każdy kierownik grupy pisał sprawozdanie do KGB, w którym zawierał następujące informacje: z jakimi zagranicznymi po­litykami i działaczami społecznymi spotykała się grupa, jaki jest stosunek owych działaczy do ZSRR, jak zachowywali się uczestnicy podczas wyjazdu, czy spotykali się z obcokrajowca­mi bez wiedzy kierownika grupy, czy poglądy grupy są zgodne z normami zachowania obywatela sowieckiego”.

Sakalas nie ma wątpliwości – Grybauskaite musiała wysy­łać takie sprawozdania do KGB: „Niewątpliwie Grybauskaite pisała takie sprawozdania, które – jak można podejrzewać – są przechowywane w jakimś archiwum KGB. Czy podobne spra­wozdania nie są formą współpracy z KGB? Jeśli nie, to należy stwierdzić, że żaden członek KPZR nigdy nie współpracował z KGB, natomiast współpracowali tylko bezpartyjni”.

Główny doradca prezydenta Daiva Ulbinaite odpiera zarzu­ty Sakalasa, stwierdzając, że były to „czysto turystyczne wy­jazdy na Węgry, do NRD, Polski oraz Czechos3owacji” i nikt żadnych sprawozdań nie pisał. Kropka.

Ale odpierać zarzuty to nie to samo, co wyjaśniać – w taki sposób, żeby wszyscy uwierzyli. Wątpliwości pozostają nadal – tak samo, jak pojawiały się wcześniej. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych, gdzie Grybauskaite pracowała w ambasadzie w latach 1996-99, skąd – sądząc po wszystkim – została ode­słana.

Ruta Janutiene opisuje tę historię w następujący sposób:

„Podwładny Grybauskaite w ambasadzie Litwy Ramunas Astrauskas, wychwalając jej zalety jako pracownika za suro­wość i zdyscyplinowanie, przy okazji opowiedział o jej niety­powym rozkładzie dnia i zachowaniu.

Z kolegami utrzymywała kontakty wyłącznie w pracy. Po pracy nie było żadnych wieczornych nasiadówek z Litwinami z ambasady. Gdy tylko kończyła pracę – od razu przepadała, natomiast w weekendy odbywała bardzo długie podróże.

„W weekendy podróżowała, ile mogła – opowiadał Astrauskas. Przypomniał sobie, jak któregoś razu Grybauskaite pojechała swoim samochodem do stanu Vermont. Z Waszyngtonu było to ponad 900 km.

Po powrocie skarżyła się na ograniczenia prędkości na trasie, które popsuły jej całą przyjemność kierowania samo­chodem – z uśmiechem opowiadał Astrauskas. – Kiedyś i ja miałem okazję poznać jej umiejętności jako kierowcy; czułem się jak na torze wyścigowym.

Grybauskaite nie lubiła, gdy woził ją kierowca. Powtarzała: »Nie trzeba, sama będę prowadzić«. Służbowy samochód w dni wolne od pracy przemierzał wraz z nią setki mil. Człowiek po­dejrzliwy mógłby zacząć się zastanawiać. Z kim się spotyka­ła? Na jakiej podstawie wybierała trasy swoich podróży?

W tygodniu – podobnie: koniec pracy – do widzenia! A cały wolny czas poświęcała na uprawianie sportu. W bagażniku sa­mochodu woziła kimono – Grybauskaite trenowała karate.

To właśnie w Waszyngtonie – według oficjalnej wersji Pałacu Prezydenckiego – osiągnęła swoje rekordy sportowe: zaczęła od białego, a skończyła na czarnym pasie. Świadczą

o tym nawet zdjęcia – niezbyt wyraźne – na których Dalia stoi obok jakiegoś mulata z kwadratową twarzą, lecz go nie bije. Biała góra od stroju, pas czarny, spodnie również.

Jedyną osobą, która zna więcej konkretów na ten temat, jest Ceslovas Iskauskas. Po spotkaniu Grybauskaite z Putinem w 2010 r. napisał ze sporą dozą ironii: »Kolejną wspólną cechą Grybauskaite i Putina, będącą wodą na młyn niektórych, jest zamiłowanie do wschodnich sztuk walki. Oboje mają czarny pas«.

Dalia Grybauskaite zdobyła czarny pas w karate w katego­rii samoobrony w Akademii Sztuk Walki w Waszyngtonie. To właśnie tam »mistrzyni sztuk walki, która osiągnęła pierwszy stopień równowagi fizycznej i duchowej«, otrzymała dyplom, za który de facto trzeba było zapłacić ok. 6000 dolarów”.

Pas kupiony za 6000 dolarów. Tyle pieniędzy to – dla dy­plomaty otrzymującego pensję z budżetu – ogromna kwota. Opowieść Iskauskasa przypomina legendę: pewna litewska dziennikarka odwiedziła i obdzwoniła setki klubów sporto­wych w Waszyngtonie, ale nazwiska Grybauskaite na kompu­terowych listach bywalców nie znalazła. A może ona po prostu chodziła do jakiegoś sto pierwszego klubu?

Karate to bardzo specyficzna sztuka walki, która wymaga precyzyjnego szlifowania techniki i ruchów. Otrzymać taki pas wcale nie jest łatwo. Trzeba brać udział w zawodach, pokonać wielu przeciwników i krok za krokiem dotrzeć na ten najwyż­szy „stopień równowagi fizycznej i duchowej”.

O       przeciwnikach, których pokonała Grybauskaite, twórcy jej wizerunku „mistrzyni posiadającej czarny pas we wszyst­kich konkurencjach” nie wspominają. Według nich to zupełnie naturalne, że 43-letnia kobieta należąca do średniej kategorii wagowej bierze się za uprawianie nowej, wymagającej odpo­wiedniej techniki dyscypliny sportu i staje się prawie profesjo­nalistką. W ciągu trzech-czterech lat. Ale wystarczy już żartów!

Wersje mogą być dwie. Ta, o której wspomina Iskauskas, że czarny pas nie został zdobyty, lecz nabyty.

Na potwierdzenie drugiej wersji nie ma najmniejszego do­wodu. Przypuśćmy, że Grybauskaite jest rzeczywiście karateką, ale wtedy wychodzi, że na tatami weszła jeszcze podczas epo­ki sowieckiej, a w Ameryce po prostu zdobyła namacalne po­twierdzenie swoich umiejętności. Czy początek wypada gdzieś między Leningradem a Moskwą? Tam, gdzie – jak potwierdza­ją źródła – została zauważona przez ówczesnego szefa bezpie­czeństwa Uzbekistanu. Wraz z ludźmi „surowej” profesji.

W kwestii powiązań karate i służb specjalnych znów zacho­dzi cała seria zbiegów okoliczności. Karate jako sztukę walki uprawianą przez służby specjalne wprowadził Jurij Andropow. Było to jednak nie karate w czystej postaci, ale jego połączenie z elementami walki sambo. W KGB od początku wykorzysty­wano sambo jako podstawę przygotowania fizycznego nowych kadr. Około roku 1974 do sambo dodano karate.

Od momentu gdy karate zostało zarezerwowane przez Andropowa dla funkcjonariuszy KGB, zakazano jego uprawia­nia pozostałym obywatelom. Mogli się go uczyć tylko człon­kowie KGB, wojskowi i jednostki specjalne milicji.

W Internecie można znaleźć potwierdzenie, że w 1978 r., po utworzeniu Federacji Karate ZSRR jej, szefem został pułkow­nik KGB Wiktor Kuprijanow.

Krążyły plotki, że pracownikom służb bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, którzy wnikliwie przyglądali się dy­plomatom z krajów postsowieckich, nie przypadł szczególnie do gustu pewien nauczyciel karate, u którego Grybauskaite spędzała bardzo wiele czasu. Inni znów twierdzą, że winę za wszystko ponosi wyłącznie despotyzm Grybauskaite i ciągle wybuchające konflikty z podwładnymi, którzy pracowali nie tak, jak ona by tego chciała. Jakkolwiek było w rzeczywisto­ści, jej kariera w służbie dyplomatycznej Litwy w USA trwała bardzo krótko – zaledwie trzy lata. Inni spędzili tam znacznie więcej czasu.

Są również tacy, którzy twierdzą, że to strona amerykańska poprosiła, aby odesłać panią Dalię na Litwę.

-                W czasie gdy została odwołana, był pan premierem. Czy pamięta pan, jak to było? Dlaczego ją odwołano?

Gediminas Vagnorius był wtedy premierem i wiedział wszystko. Gdyby zechciał, mógłby opowiedzieć, jak to było naprawdę z Grybauskaite. Teraz jest przecież emerytem, żyje z renty sygnatariusza aktu niepodległości Litwy i od nikogo nie jest zależny.

-                Może mógłbym sobie przypomnieć, ale nie chcę. Nie uważam, że byłoby to stosowne.

-                Dlaczego?

-                To sprawy służbowe i zazwyczaj staram się ich nie ko­mentować.

-                To ze Stanów zjednoczonych przyszła prośba o jej od­wołanie?

-                Nie, inne kraje nigdy nie wtrącają się w sprawy we­wnętrzne naszego państwa. Nie ma to żadnego związku z jaki­mikolwiek innymi krajami.

Vagnorius nie chciał powiedzieć prawdy

Były generał KGB Oleg Kaługin, którego rozczarował re­żim komunistyczny i postanowił przejść na stronę Stanów Zjednoczonych, pewnego razu upublicznił następujące dane: wśród kierownictwa rosyjskiego nawet 70 procent stanowią ludzie w ten lub w inny sposób zwerbowani przez KGB. Kiedy go zapytano w jednym z wywiadów, jak wygląda ta kwestia w przypadku innych byłych republik radzieckich, wspominając

o  krajach nadbałtyckich, stwierdził: „Służby bezpieczeństwa poświęcały krajom nadbałtyckim szczególnie dużo uwagi”.

Oleg Greczeniewski w swojej książce „Źródła naszego „de­mokratycznego” reżimu” opisującej metody pracy KGB pisze, że: „Kraje bałtyckie były ważnym regionem”. Greczeniewski to znana persona w Petersburgu. Jest jednym z tych, któ­ry stworzył Leningradzki Front Narodowy w latach przeło­mu, gdy upadał Związek Radziecki, a następnie stał u źródeł Komitetu Wsparcia Krajów Bałtyckich. Był również dowódcą grupy ochotników z Leningradu, która broniła centrum Wilna przed radzieckim specnazem w styczniu 1991 r. Greczeniewski wyróżnia wśród wewnętrznych klanów działających w struk­turach KGB jeden z najbardziej wpływowych – tzw mafię eu­ropejską, która skoncentrowała się na kontroli krajów bałtyc­kich. Za jej twórcę uważa się Jurija Andropowa. Greczeniewski pisze, że w krajach bałtyckich „mafia europejska” mogła robić to, na co tylko miała ochotę. Szczególnie bliskie związki mia­ła z kierownictwem KGB w Leningradzie. Dodatkowo kraja­mi bałtyckimi zajmował się również oddział trzeci Pierwszego Zarządu Głównego KGB ZSRR.

Ciekawy zbieg okoliczności: szara emimencja Związku Radzieckiego, wieloletni sekretarz KC KPZR Michaił Susłow, ideolog ustroju sowieckiego, swoją karierę rozpoczynał. na Litwie. W 1944 r. przybył tu z rozkazu Stalina, aby zaprowa­dzić porządek na Litwie: wygnać „leśnych braci”, którzy wal­czyli z okupantami sowieckimi o niepodległość swego kraju.

Główną siłą zwalczającą „leśnych braci” byli „czerwoni par­tyzanci”. Ciekawostka: „czerwonym partyzantem” z oddziału „Birutes-4” w tym czasie był Polikarpas Grybauskas – ojciec Prezydent Grybauskaite, współpracownik NKWD.

Operacją likwidacji „leśnych braci” kierował oficer radziec­kiego NKWD Nachman Duszański. To również on (cóż za zbieg okoliczności!) prowadził sprawę działalności antysowieckiej w tej samej szkole, w której został aresztowany młody Sakalas w związku z donosem – jak się podejrzewa – Landsbergisa. W 1989 r. Duszański wyemigrował do Izraela. Po odzyskaniu niepodległości Litwa zażądała jego wydania, lecz Izrael odmó­wi. Duszański zmarł w 2008 r., zabierając ze sobą do grobu wiele tajemnic współczesnej Litwy. Ale w Izraelu przechowy­wane jest jego archiwum, które może pozwolić uzyskać odpo­wiedzi na wiele pytań.

Natomiast Susłow porzucił Litwę po kilku latach i wyjechał do Moskwy, gdzie na długi czas przeistoczył się we wszech­mogącą szarą eminencję Związku Radzieckiego, który wygnał Sołżenicyna z kraju i naciskał na wprowadzenie wojsk sowiec­kich na Węgry w 1956 r. (gdzie ambasadorem był Andropow). Do Rady Najwyższej ZSRR został wybrany właśnie z lenin- gradzkiego okręgu wyborczego. Susłow zmarł w 1982 r. – na rok przed ukończeniem przez Grybauskaite nauki w Leningradzie.

Litwa, Leningrad. „Czerwoni partyzanci”, „leśni bracia”. NKWD, KGB, partia komunistyczna. Grybauskas, Susłow.

Czy mogli się spotkać? A może to po prostu kolejny zbieg okoliczności?

I jaki ma z tym wszystkim związek wspomniany szef KGB Andropow?

Przynajmniej na ostatnie pytanie, jak się wydaje, można od­powiedzieć.

„Piterscy” – tak w Rosji nazywa się prezydenta Putina i jego najbliższe czekistowskie otoczenie, które wcześniej pracowało w Leningradzie (Petersburgu potocznie nazywanym Pitrem), a teraz kontroluje Moskwę, ropę naftową, gaz i wszystkie pie­niądze Rosji.

„Piterska” – tak dziennikarka Ruta Janutiene nazywa rów­nież Dalię Grybauskaite. Dlaczego?

„Grybauskaite pokazała, że starannie odrobiła lekcje z zarządzania i manipulowania ludźmi. Nieco później prze­wodnicząca Sejmu Irena Degutiene określi takie zachowanie Grybauskaite mianem »metod KGB«. Gdzie się tego nauczyła? Niektórzy badacze jej biografii dobrowolnie wskazują palcem w stronę Leningradu. Ci bardziej zuchwali próbują podawać jakieś konkrety (raczej po złości, ponieważ w takich sytuacjach dowodów nie ma). Uważają, że »szkoła« mogła funkcjonować pod przykrywką fabryki Rot-Front.

Jest to jednak nieporozumienie. Oficjalnie w Leningradzie do dziś istnieje fabryka futer Rot-Front. Natomiast w Moskwie pod taką samą nazwą działa fabryka wyrobów cukierni­czych. Ta pierwsza fabryka jest obecna w oficjalnej biografii Grybauskaite: pracowała w niej najpierw jako robotnik, po­tem – laborant. W rzeczywistości, to znaczy formalnie według dokumentów – wyłącznie jako laborantka (a dokładniej che- mik-laborant). Przyjechała ze stażem inspektora działu kard, a została chemikiem. Co tylko nie zdarza się w życiu!

Lata spędzone przez przyszłą prezydent w Leningradzie to czasy, o których społeczeństwo nie wie prawie nic: Rot-Front, zajęcia, uniwersytecki związek zawodowy. I tyle.

Warto jednak pomyszkować w Internecie i zobaczyć, co tam ciekawego napisano na temat fabryki Rot-Front! Szczególnie w odniesieniu do teorii spiskowej: Rot-Front to prawie »przy- krywka« dla organizacji przygotowującej agentów wywiadu. Jak w filmach szpiegowskich: otwierają się bramy fabryki futer, a za nimi grupa wojowników ninja ubranych w kimono po­wtarza tajny cios karate: śmiertelne uderzenie palcem od nogi w oko wyimaginowanego wroga.

Czy ktokolwiek z nich widział taką dziewczynę w latach stu­denckich: z falowanymi włosami i przenikliwymi błękitnymi oczami? Nie. Bynajmniej nie ma na to świadków. Wspomina się tylko o szefie służby bezpieczeństwa Uzbekistanu, który rzekomo od tamtego momentu zapamiętał Grybauskaite, a do tego bardzo jej nie lubił. Niestety prawdę mają szansę poznać dopiero nasze wnuki, ponieważ dokumenty w takich sprawach odtajnia się co najmniej po stu latach.

Co tyczy się poszlak, to właśnie czarny pas w karate moż­na za taką poszlakę uznać. W czasach sowieckich uprawianie karate przez zwykłych obywateli było zabronione, bo zarezer­wowano tę sztukę walki – z tego powodu, że uczyła różnych sposobów uśmiercania wrogów – wyłącznie dla KGB, GRU i specjalnych jednostek wojskowych. Grybauskaite naprawdę zasłużyła na czarny pas ze względu na perfekcyjną umiejęt­ność przeobrażenia swojego oponenta w marionetkę, wyko­rzystując jego słabości. Jednak poszlaki niczego nie dowodzą. Potrzebne są fakty.

Od nich aż roi się Internet – tyle tylko że rosyjskojęzyczny Już nie całkiem anonimowy, lecz podpisany imionami i na­zwiskami. W Leningradzie »epoki Grybauskaite« tworzył się scenariusz tego, co obecnie nazywa się »putinizmem«.

Proszę posłuchać! W latach 80. XX w. Leningradem rządził niejaki Grigorij Romanow – człowiek, o którym pisano tak: »Uważał, że jeśli nie oduczać „kagiebowców”, to sami zaczną rozpuszczać dysydentów«. Obrzydliwy typ, prawdziwy homo sovieticus. Ślub jego córki odbywał się w Pałacu Taurydzkim, a goście jedli na serwisie carskim, którego wydania Romanow zażądał poprzez ministra kultury ZSRR. W 1976 r. pod nosem Grigorija Wasilewicza rozpoczęły się dwa procesy, które miały ogromne znaczenie dla Związku Radzieckiego i Litwy.

Pierwszy z nich już państwo odgadli. W tym czasie po nauki ekonomii politycznej do Leningradu przybyła Dalia Grybauskaite – przyszła prezydent wolnej Litwy.

-                 Chciałam się uczyć ekonomii politycznej – zdaje się, że tak brzmiało dokładne i z jej punktu widzenia zupełnie wy­starczające wyjaśnienie, dlaczego rzuciła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Wileńskim i wyjechała do Leningradu, aby studiować na Uniwersytecie im. Żdanowa, który często wysy­łał swoich absolwentów za granicę.

Drugi proces był następujący: w Leningradzie (właśnie tam, gdzie uczyła się Grybauskaite) utworzyło się koło naukowe stu­dentów ekonomii. Przewodniczył mu niejaki Anatolij Czubajs

-    przyszły ojciec gospodarki rynkowej w Rosji. O czym dysku­towała młodzież? Tematy seminariów Czubajsa (którego oj­ciec – nawiasem mówiąc – był wojskowym i służył na Litwie) koncentrowały się wokół jednego strategicznego celu: tak zre­formować gospodarkę socjalistyczną, żeby z deficytowej i pla­nowej przerodziła się w produktywną i dochodową. Co ozna­cza ni mniej ni więcej, że planowano zamach na podwaliny ZSRR – gospodarkę planową. W roku 1976!

Ten sam Romanow wsadzał ludzi za mniej radykalne po­mysły niż zamach na podstawy porządku socjalistycznego. Wskaźniki statystyczne dotyczące ścigania więźniów poli­tycznych w Leningradzie były najwyższe w całym Związku Radzieckim.

-                 Można było zostać posadzonym za czytanie powie­ści Sołżenicyna, a debaty na temat projektów reform w krę­gach akademickich odbywały się oficjalnie i specjalnie się z tym nie kryto. Przypadek? – zapytał niegdyś generał KGB Aleksiej Kondaurow, starszy analityk w przedsiębiorstwie oli­garchy (i dawnego gorliwego działacza komsomołu) Michaiła Chodorkowskiego – Jukos zniszczonym przez Władimira Putina”.

Andriej Kolesnikow w książce „Nieznany Czubajs” pisze, że podczas tych „konspiracyjnych seminariów” omawiano m.in. pomysł wprowadzenia w kraju (a przecież nie rozpoczęła się jeszcze sławna pierestrojka!) tzw. prywatyzacji kuponowej, podczas której zakłady, fabryki i ogromne firmy można było dostać na własność w zamian za kilka tysięcy nic niewartych w późniejszym czasie papierków. Czubajs początkowo sprzeci­wiał się temu pomysłowi: „Podstawowe argumenty były mniej więcej takie: to szalenie ryzykowna idea, która doprowadzi do masowej niesprawiedliwości. Stopień skomplikowania procesu i ogólnie skomplikowanie obiektów – gałęzi, przed­siębiorstw – jest zupełnie różne i niejednorodne. I wreszcie w sposób fantastyczny upraszcza i stępia się mechanizm pry­watyzacji: samo podejście zakłada prymitywizację instrumen­tu w celu wykorzystania do skomplikowanego obiektu, czego rezultatem będzie masowe niezadowolenie”.

Jednak to właśnie on został ojcem prywatyzacji kuponowej, która – jak się wydaje – na zawsze zdyskredytowała w oczach Rosji liberalnych ekonomistów.

Kolesnikow stwierdza, że Czubajs zawsze był człowiekiem sukcesu – w czasach sowieckich, kiedy młodego docenta, już w instytucie będącego kandydatem na członka partii, chętnie przyjmowano w komitecie obwodowym, a on sam przekuwał swoje kontakty w możliwość legalnego prowadzenia w istocie nielegalnych seminariów[6].

Czubajsa, który – podobnie jak Grybauskaite – wstąpił do partii komunistycznej jeszcze podczas nauki na uniwersytecie, a także jego zwolenników nikt nie ścigał i w lochach KGB nie zamykał. Dlaczego? Nieco się to wyjaśniło, gdy w 1979 ro. do miasta został przysłany pewien bardzo specyficzny człowiek – generał KGB Oleg Kaługin (nazywany pierwszym demokratą KGB), zaufany człowiek samego Jurija Andropowa.

Według oficjalnej biografii Andropow był potworem. W la­tach 60. pracował jako ambasador ZSRR na Węgrzech (co cie­kawe, Czubajs w latach 80. zostanie wysłany na długotrwały staż również na Węgry, gdzie nie mógł działać bez współpracy z ambasadą) i był jednym z głównych organizatorów wkrocze­nia na teren tego państwa Armii Czerwonej, gdy rozpoczęło się tam powstanie antykomunistyczne. Co więcej, aktywnie sprzyjał zdławieniu praskiej wiosny i był wielkim entuzjastą sowieckiej inwazji na Afganistan.

Te dokonania zostały zapisane w oficjalnej biografii Andropowa. Nie ma w niej nic na temat pomysłów prze­mian, którymi ów wódz był owładnięty. Miał ciężką rękę, ale był. zwiastunem wolnego rynku! W jednej ręce wolny biz­nes, w drugiej gumowa pałka do zdławienia demokracji. Jego marzeniem było rozwiązanie gnijącej i skorumpowanej partii komunistycznej, która doprowadziła kraj na skraj bankructwa oraz przejęcie władzy i tym sposobem odrodzenie Związku Radzieckiego jako supermocarstwa.

Pechowo dla siebie Andropow dotarł na szczyty władzy, gdy był już jedną nogą w grobie. Jednak szept jego agonii usły­szał Michaił Gorbaczow – człowiek, który zburzył Związek Radziecki. A nie był to tylko szept; był jeszcze plan i ludzie, którzy gotowi byli działać.

Co to za ludzie? Wszyscy oni mają jedną wspólną cechę – to „piterscy”, czyli elita studentów ekonomii szkół wyższych Leningradu z przełomu lat 80. i 90. XX w., zgrupowana wokół Anatolija Czubajsa i znajdująca się pod protektoratem KGB.

Dwóch „seminarzystów” Czubajsa – Andriej Illarionow i Aleksiej Kudrin – uczyli się razem z Dalią Grybauskaite na Uniwersytecie im. Żdanowa w Leningradzie. Illarionow, gdy został prawą ręką Putina, chwalił się dziennikarzom, że był to „krąg ludzi, którzy rozmawiali nie marksistowsko-leninow­skim żargonem ekonomistów politycznych, lecz używali języ­ka profesjonalnych ekonomistów”.

Gdy Andropow został głową państwa – sekretarzem gene­ralnym Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – włączył Czubajsa wraz z jego przyszłym sprzymierzeńcem Jegorem Gajdarem w skład tajnej grupy eko­nomistów przygotowującej reformę gospodarki radzieckiej. Nazwano ją komisją Tichonowa-Ryżkowa działającą przy Biurze Politycznym.

W roku 2008 pewien politolog – Siergiej Kurginian – po przejrzeniu dokumentów oznajmił publice z Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego im. Łomonosowa, że plan reform składał się z dwóch etapów. Najpierw liberałowie i polity­cy o zapędach demokratycznych zniszczą istniejący system. Później oni się skompromitują, a na scenie pojawi się inna grupa.

Dokładnie tak było w Rosji. Najpierw pierwszy prezydent Rosji Borys Jelcyn przy współudziale Czubajsa i Gajdara oddał władzę, wyznając na najważniejsze stanowiska swoich oligar­chów z KGB, elitę struktur partyjnych i wojskowych. A następ­nie w roku 2000 przyszli „działacze państwowi” z Władimirem Putinem na czele. Putin znalazł się tu nieprzypadkowo. On również należy do grupy „piterskich”, lecz nie wywodził się bezpośrednio z uniwersytetu: do 1984 r. pracował z generałem Kaługinem w leningradzkim oddziale KGB.

Uważany za ojca niezależnej gospodarki epoki przedputi- nowskiej Jegor Gajdar tak mówił o tajnej grupie młodych eko­nomistów w Leningradzie: „W Pitrze sytuacja była inna. Tam działała silna presja ideologiczna. Wszelkie dyskusje na temat problematyki gospodarczej Związku Radzieckiego znajdowały się pod lupą organów partyjnych KGB. Tym niemniej właśnie tam powstało koło ekonomistów, którzy chcieli omawiać klu­czowe problemy gospodarcze ZSRR”.

Czubajs pisał w swojej książce, że „to właśnie z zespo­łem Gajdara była związana pierwsza możliwość sprawdze­nia w praktyce rezultatów swoich badań. Gajdar zaczął pracować dla jednej z komisji Biura Politycznego, która zaj­mowała się uwspółcześnieniem mechanizmu gospodarczego.

Przygotowywano wszelakie tajne wykłady i również nas jakoś wciągnięto w przygotowanie tych wykładów”[7].

Minie bardzo niewiele czasu i głównie dzięki wysiłkom ze­społu Czubajsa oraz Gajdara słowa „demokrata” i „liberał” dla wielu Rosjan staną się prawie obelgami na wiele, wiele lat.

Czy oni byli na to gotowi?

Kolesnikow stwierdza: „Oni w idealny sposób prognozo­wali skutki każdego kroku i nie stwarzali w związku z tym żadnych iluzji”. To znaczy, że schemat „KGB dyskredytuje de­mokratów” zadziałał!

W kole młodych ekonomistów związanych z Czubajsem gromadziły się różne grupy. Niektórzy – w pierwszym etapie nie pokazywali swoich twarzy – później stali się trzonem oto­czenia Putina. A tam widzimy nazwiska, które w przypadku inauguracji Grybauskaite zaczną wymieniać obserwatorzy po­lityki moskiewskiej.

Najbardziej z powodu Grybauskaite cieszył się pewien przebiegły człowiek – Aleksiej Wienediktow, redaktor naczel­ny radia Echo Moskwy (jego stacja nadaje programy również w Internecie i telewizji). To on jako pierwszy z chytrym uśmie­chem zacznie wyliczać:

-                 O, Grybauskaite. Przecież ona uczyła się razem z Illarionowem i Kudrinem!

Aleksiej Kudrin w ciągu jedenastu lat rządów Putina był wicepremierem Rosji i ministrem finansów, natomiast Andriej Illarionow przez jedną kadencję był doradcą Putina.

Oto, co się działo w Leningradzie, kiedy studiowała tam Dalia Grybauskaite. Czy wiedziała coś o istnieniu tego planu? Czy zrobiła coś w sprawie jego stworzenia i wprowadzenia w życie? Bezpośrednich dowodów nie ma, jest za to nastę­pujący fakt: Grybauskaite jesienią, zimą i częściowo wiosną na przełomie lat 1987-1988 zniknęła z wykazu pracowników Wyższej Szkoły Partyjnej w Wilnie i spędzała czas w Moskwie, w Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR. Co za tym idzie – całkiem blisko wspomnianej tajnej komisji Tichonowa- Ryżkowa działającej przy Biurze Politycznym. Komisja była taj­na, bo graczy było więcej. Plany reform Związku Radzieckiego i likwidacji partii politycznej miały poważnych przeciwników w generalicji armii sowieckiej i oczywiście w samej partii. Z kim grała Grybauskaite? A może inaczej: kto grał z nią?

Minie jeszcze dwadzieścia lat, zanim ona dojdzie do praw­dziwej władzy. Tak się zdarzy, że za rządów Dalii Grybauskaite Litwa zostanie całkowicie uzależniona od energii z Rosji i zacznie świadczyć dziwne usługi Moskwie i Mińskowi. Rozpoczną się wspólne litewsko-rosyjskie operacje skierowane przeciwko wewnętrznym wrogom sąsiadów z kiepską reputa­cją.

Z tego powodu postawione już wcześniej pytanie – czym zajmowała się Grybauskaite w czasie gdy w Leningradzie pod przykrywką KGB tworzono reformy ZSRR i plany utrzymania radzieckiego supermocarstwa? – jest bardziej niż na miejscu.

Grybauskaite wyjaśniała, że w Leningradzie musiała praco­wać fizycznie, bo inaczej nie mogła zdobyć meldunku, bez któ­rego w Związku Radzieckim ani rusz. „Musiałam pchać wózki w fabryce futer” – opowiadała zwięźle. Robotnica Dalia praco­wała na wydziale garbowania skór, gdzie śmierdziało trupami?

-                Znałam wszystkie pracownice osobiście, Dalii wśród nich nie było. Nie chciałabym się pomylić, ale jestem prawie pewna, że od pierwszych dni pracowała w fabrycznym labo­ratorium. Kolejne pytanie: jak osoba bez odpowiedniego wy­kształcenia dostała się do pracy w laboratorium? – opowiadała litewskiemu dziennikarzowi pani Walentina, która pracowała w fabryce Rot-Front w tym samym czasie, co Grybauskaite.

Cokolwiek by mówiła Walentina, tak brzmi oficjalna wer­sja. W aktach osobowych Grybauskaite składowanych w czy­telni partii komunistycznej Archiwum Akt Specjalnych Litwy jest napisane: „laborant”, a w osobiście wypełnionych przez nią ankietach Wyższej Szkoły Partyjnej jeszcze dok3adniej – „chemik-laborant”.

Studiowanie prac Marksa nocami, wykłady wieczora­mi, a poranki i dnie spędzane w śmierdzącej fabryce fu­ter. Jakże tej młodej dziewczynie starczyło czasu, woli i sił? A starczyło jej sił również na to, aby w tym samym czasie zostać przewodniczącą związków zawodowych na wydziale uniwersytetu.

Z okazji wyboru Grybauskaite na stanowisko prezydenta Wienediktow z drugą dziennikarką z Echa Moskwy żartował: „Ona była taką aktywistką. Dla pracowników fabryki prowa­dziła zajęcia z ekonomii politycznej. Uczestniczyła w wydawa­niu gazetki ściennej. Taka z niej była komsomołka-aktywist- ka”.

W swojej autobiografii Grybauskaite zapisała, że to wła­śnie organizacja partii komunistycznej w fabryce Rot-Front przyjęła ją w swoje szeregi. 23 lata, a już komunistka. Niech będzie to po prostu przypadek: Władimir Putin, również w Leningradzie, został komunistą – i także w wieku 23 lat. Za to w innej kwestii Grybauskaite go wyprzedziła – komsomoł­ką została już w szkole, w wieku 14 lat. Skąd takie ciągoty do systemu sowieckiego?

W przypadku Putina wszystko jest jasne. Wstąpienie tak młodego człowieka do partii było związane z wewnętrznym porządkiem szkoły wywiadowczej. Niekomuniści po prostu się tam nie uczyli.

W przypadku Grybauskaite bardzo wczesne wstąpienie do komsomołu, a potem w szeregi partii najpewniej było spowodowane niezłomnością przekonań, wyjątkową podbu­dową ideologiczną i chęcią zrobienia kariery. W przeciwnym wypadku jeszcze długo przyszłoby jej poczekać w kolejce po legitymację. Tak młodych ludzi rzadko przyjmowano do partii.

Czy wśród kół naukowych, w których uczestniczyła, było również koło ekonomistów związane z Czubajsem, w którym pod przykrywką KGB prowadzono rozmowy o zmianie gospo­darki socjalistycznej?

Pamiętacie? Etap pierwszy – radykalna reforma, tera­pia szokowa, gdy w ciągu jednej nocy gospodarka planowa z regulowanymi cenami zmienia się w wolnorynkową. Wtedy następuje podział majątku. W drugim etapie reformatorzy kompromitują się z hukiem i przychodzi kolejna grupa. Tak właśnie było w Rosji, gdy władza przeszła w ręce Putina – wła­dza silnej ręki.

Pierwsza jego wizyta jako Prezydenta Rosji, to wizyta w „domu”: w KGB. Tam wypowiedziane zostały słowa, które przeszły do historii:

„Melduję, że grupa współpracowników FSB, wysłana do pracy w rządzie, w etapie pierwszym wypełniła swoje zada­nie.”

Putin zalicza się do drugiej grupy reformatorów, których zadaniem jest przejęcie kraju zdemoralizowanego przez libera­łów, przeprowadzenie terapii szokowej i rządzenie silną ręką.

I znów zbieg okoliczności. Litwie rządy silnej ręki całkowi­cie świadomie sprawowała Grybauskaite. Rządząc organami ochrony prawa, Sejmem, a nawet sądami.

-                Gryboszenko – od razu wymyślił neologizm przewodni­czący Sejmu Arnnas Valinskas.

Przechodząc od teorii do praktyki, pojawia się kolejne py­tanie: czy wtedy, w latach 80., gdy w Leningradzie stworzono plan reform Związku Radzieckiego polegający na rozwiązaniu partii komunistycznej, a następnie przejęcia demokracji w sil­ne ręce, jego echa były słyszalne także w innych republikach ZSRR, w tym również na Litwie? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać przede wszystkim u Algirdasa Brazauskasa, którego Grybauskaite nazywa swoim nauczycielem, oraz u Kazimiry Prunskiene, która otwarcie uczestniczyła w two­rzeniu planów reform gospodarczych w Związku Radzieckim.

Arkadij Wolski – pracujący z Andropowem – opowiedział

0   źródłach tego planu:

-                On (Andropow) miał idee fixe: zlikwidować narodowe podstawy składu ZSRR. „Koniec z podziałem kraju według kryteriów narodowościowych!”, powiedział i zażądał, żebym przerobił mapę kraju, wzorując się na podziale administracyj­nym USA. Wykonałem piętnaście różnych wariantów! Żaden mu się nie spodobał.

Prunskiene w roku 1989 była wicepremierem radzieckiej Litwy i pracowała wraz z Rosjanami nad planem reformy. Jeden z jego wariantów zakładał połączenie krajów bałtyckich

1   obwodu kaliningradzkiego we wspólną jednostkę terytorial­ną, w której najszybciej miały zachodzić reformy wolnoryn­kowe.

Prunskiene – pod naciskiem informacji dotyczącej wiedzy

o jej współpracy z KGB – opowiadała, że jej kontakty z refor­matorami Związku Radzieckiego zaczęły się wcześniej: jeszcze za rządów Andropowa:

-                Przykładowo: podczas mojej pierwszej długotrwałej de­legacji oni (KGB) bardzo się interesowali, co uczeni niemieccy sądzą na temat naszej gospodarki, czy uważają, że Związek Radziecki mógłby funkcjonować inaczej. W moim sprawozda­niu wspominałam o profesorze Wiedkinie, znanym sowieto- logu, który przez trzydzieści lat opracowywał projekty reform rolnych. Zapewne Andropow, który już wtedy przygotowywał się do polityki reform chciał się dowiedzieć, co profesor uważa na ten temat.

I                 znów Andropow i jego ekonomiści. Wspominaliśmy już o jego zespole leningradzkim, ponieważ uczyła się tam młodziutka Dalia Grybauskaite. Jego nazwisko wymienia ra­dziecka ekonomistka Prunskiene, która zbierała materiały dla KGB. Dwie ekonomistki specjalizujące się w sprawach rol­nictwa. Przecież Grybauskaite w Moskwie napisała rozprawę

o  korzyściach płynących z własności prywatnej dla zwiększe­nia produkcji rolnej w Związku Radzieckim. Czy zgadza się to z planami reformatorów kremlowskich? Oczywiście!

Prunskiene w tym czasie stała w hierarchii znacznie wyżej niż jej młoda koleżanka Dalia. Pisarz-dysydent Bukowski żar­tował w jednym z wywiadów:

-                 Do wszystkich ruchów narodowościowych wprowadza­no ludzi z KGB. I w końcu się wyjaśniło, że Kazimira Prunksiene była „związana” znaczniej bardziej niż się wszystkim wydawa­ło. W dokumentach komisji Wadima Miedwiediewa do spraw krajów bałtyckich znalazłem informację, że Prunskiene cały czas donosiła Moskwie o tym, że Landsbergis to drań i nic nie możemy z nim zrobić. Pisała to osobiście Prunskiene!

Kim są owi „my” i czego Prunskiene nie może zrobić? Czy nie może powrócić na Litwie do dawnego planu reformy ZSRR wymyślonej jeszcze w Leningradzie, reformy, która nie przewi­dywała rozpadu ZSRR?

Odpowiedź brzmi: tak, a dowodem na to jest głos Algirdasa Brazauskasa – nauczyciela Grybauskaite, który pobrzmiewa w tajnych zapiskach Romualdasa Ozolasa z marca 1990 r., kie­dy to przedstawiciele Sąjudisu wygrali wybory i podczas za­mkniętych posiedzeń planowali wyjście Litwy ze składu ZSRR. Brazauskas zdradził, że to on rzucił przedstawicielom Sąjudisu

-    owładniętym ideą niepodległości – ostatnią kłodę pod nogi. Była to ostatnia próba Brazauskasa przekonania ich do porzu­cenia planów ogłoszenia niepodległości i wyjścia z ZSRR:

-                 Uważam, że wielkie pełnomocnictwa Gorbaczowa nie wpłyną na nasze życie, ale dzięki dobremu przykładowi da­nemu przez Gorbaczowa mogą wpłynąć. To człowiek rady­kalny, niezwykle radykalny Ta informacja jest ściśle tajna, nie chciałbym, żeby przedostała się do prasy lub gdziekolwiek in­dziej: on jest nastawiony niezwykle radykalnie. Znacznie bar­dziej niż całe jego otoczenie. Myślę, że sprawy partyjne szybko się rozstrzygną. On nie zostanie sekretarzem generalnym [par­tii komunistycznej], zostanie głową państwa.

Dokładnie tak planował Andropow. Rozwiązać partię ko­munistyczną, a państwo przekazać we władanie przygotowa­nym przez siebie reformatorom. Gorbaczow nie zdążył tego zrobić. Zrobił to w 1991 r. – zgodnie z planem i przy udzia­le „piterskich” – Borys Jelcyn. Car Jelcyn, który wypuścił psy wolnorynkowe, a potem car Putin, który wprowadził porzą­dek i przywrócił Rosji jej „naturalne” granice aż po Morze Bałtyckie.

Ten plan potocznie nazywa się kapitalizmem czekistow- skim.

Można było o nim poczytać wiosną 1990 r., gdy grupa młodych ekonomistów Czubajsa opublikowała rozprawę „Sztywnym kursem”, w której szczegółowo omawiała politykę rządów silnej ręki.

Sprzeciw szerokich mas wobec reform jest związany z pod­jęciem niezbędnych kroków, których nieuchronnym skutkiem będzie spadek oraz wzrost poziomu życia większości ludzi, a także legalizacja nierówności społecznych i spekulacji na szeroką skalę, z czym związane jest nielegalne wzbogacenie się niektórych osób i grup, pranie brudnych pieniędzy, ekscen­tryczne zachowanie tych, którzy się nielegalnie wzbogacili itd.

Z tego powodu trzeba będzie tłumić owe masowe niezado­wolenie.

Sprzeciw wobec reform spowoduje konieczność wprowa­dzenia radykalnych i niepopularnych środków, jak np. likwida­cja związków zawodowych, jeśli nie będą się zgadzać na wpro­wadzenie reform przeprowadzanych przez władze. Niezbędne będą również specjalne ustawy zakazujące strajków. Innym środkiem polityki silnej ręki jest kontrola nad wszystkimi waż­nymi mediami itp.

Dziennikarz Dmitrij Karcew z czasopisma „Reporter Rosyjski” rozmawiał z pewnym byłym agentem kontrwywia­du, który widział owe plany. Oto, co powiedział:

-                 Oczywiście uważano, że państwo samodzielnie określi właścicieli prywatyzowanego mienia. To całkowicie logiczne: wiadomo, że w kraju nikt nie ma prywatnego kapitału, a do­puszczać obcokrajowców nikt nie ma zamiaru. Niekoniecznie muszą być to ludzie z KGB, ale powinni być przez nich kontro­lowani, szkoleni i przygotowywani.

Kilka szczegółów. Rozmówca Karcewa postukał palcem w kartkę z wyrokiem w pierwszej sprawie Jukosu:

-                 Obie strony, zarówno oskarżyciele, jak i obrońcy, zigno­rowali fakt, że na działalności firmy Jukos skorzysta przede wszystkim jakaś firma Jamblick zarejestrowana w jednym z ra­jów podatkowych. Co najciekawsze, została zarejestrowana 8 listopada 1984 r.

Dla tych, którym mylą się daty, przypomnimy, że w 1984 r. ZSRR był ciągle opoką socjalizmu i gospodarki planowej.

-                 Są jeszcze inne przykłady, jak chociażby przedsiębior­stwo Sibir Energy, które powstało w 1996 r. w Londynie na bazie firmy Pentex Energy plc.

Pentex Energy plc działało od roku 1981, kiedy to zostało stworzone w celu przyciągnięcia inwestycji zagranicznych do ZSRR.

W Rosji uważa się, że takie ,Jamblicki” tworzono, wiedząc, że władza radziecka zostanie rozwiązana oraz aby gromadzić w nich środki na nowy start. Środki te pochodziły ze sprzedaży dóbr naturalnych Rosji, a gromadzono je po to, żeby skupo­wać za nie prywatyzowany majątek.

W Rosji nie ma ani jednego oligarchy, w którego najbliż­szym otoczeniu nie byłoby żadnego mundurowego. Np. ostatni szef KGB ZSRR Władimir Kriuczkow pracował w korpora­cji System będącej właścicielem baszkirskiej firmy naftowej, przedsiębiorstw zajmujących się nowymi technologiami oraz środków masowego przekazu. Dochód netto korporacji System za jeden kwartał 2012 r. to pół miliarda dolarów.

Inny bardzo wpływowy pracownik KGB z czasów Gorbaczowa – Filip Bobkow – kierował ochroną grupy MOST należącej do oligarchy Władimira Gusnickiego.

Szef służby do spraw kontaktów ze społeczeństwem Ministerstwa Obrony Rosji Aleksiej Kondaurow był głównym analitykiem Michaiła Chodorkowskiego.

Nie powinno to nikogo dziwić. Gdy zaczyna się przyglą­dać niedawną historię Litwy, widać, że tutaj działo się podob­nie. Generał Romualdas Marcinkus – agent wywiadu ZSRR. Z początkiem zmian został doradcą poważnego specjalisty do spraw prywatyzacji Grintrasa Petrikasa, dyrektorem Służby Bezpieczeństwa Gospodarczego, Służby Bezpieczeństwa

i    Informacji EBSW EBSW było w stanie sprywatyzować i do­prowadzić do bankructwa prawie połowę zakładów przemy­słowych na Litwie. Celowo czy nie?

Do tej samej grupy – oligarchów z domieszką agentów wy­wiadu – trzeba zaliczyć również Uspasskich. Prostego spawa­cza, który został multimilionerem podejrzewanym o kontakty z wywiadem zagranicznym Federacji Rosyjskiej. To również protegowany władz.

Byłych radzieckich agentów wywiadu i czekistów, a także oficerów służby granicznej można znaleźć wśród większości tych, których na Litwie nazywa się oligarchami. Komu są po­trzebni? Ci ludzie nadal są członkami „sieci” byłych kolegów (choć mówi się, że nie można być „byłym” pracownikiem KGB). A ta sieć łączy się z miejscami bogactwa w dawnym ZSRR.

Oprócz tego ludzie z pagonami są zawodowcami w zbiera­niu informacji i jej wykorzystywaniu w celu zamiany innych ludzi w posłuszne marionetki. Co najmniej dwa wielkie kon­cerny medialne Litwy podlegają decyzjom takich ludzi. Jakie życie, takie zasady. Ten, kto miał wtedy, ma i obecnie.

Przypadkowych ludzi w elitach politycznych podczas ich tworzenia znalazło się bardzo niewielu. Np. w Kownie z Petrikasem w sprawach prywatyzacji mienia konkuro­wał marynarz z atomowej łodzi podwodnej ZSRR Władimir Romanow, który przybył na Litwę z ojcem – sowieckim ofice­rem. Romanow przejął majątek od EBSW

Obok Romanowa – wielki przyjaciel koszykówki litewskiej Sabtajus Kalmanovicius. Ci dwaj raz się kłócili, raz godzili. Kalmanovicius to „Litwin” urodzony w Kownie, absolwent tamtejszej politechniki, który po jej ukończeniu na rok wstą­pił do armii. W rzeczywistości przebywał w szkole agentów wywiadu GRU (Głównego Zarządu Wywiadowczego). Po po­wrocie zezwolono jego rodzinie wyemigrować do Izraela.

Naprawdę Kalmanovicius był agentem KGB, który słynął z okrucieństwa, a także członkiem mafii rosyjskiej. Zajmował się m.in. kontrabandą brylantów z Afryki, natomiast w Izraelu został osadzony w więzieniu za szpiegostwo na rzecz ZSRR. Litwinom przedstawiono go jako honorowego sponsora klubu koszykarskiego Zalgiris, człowieka, który za specjalną zgodą prezydenta Valdasa Adamkusa otrzymał obywatelstwo litew­skie.

W czasach radzieckich Litwa miała specjalny status – jej służby KGB były mocno związane z wywiadem zagranicznym. W Kownie działały specjalne zamknięte instytuty, których pra­cownicy zajmowali się właśnie szpiegostwem gospodarczym. Z jednego z nich – Kowieńskiego Instytutu Inżynierii Radiowej

-    wywodzi się kilku „uduchowionych” budowniczych niepod­ległości.

Należy przypomnieć, że Uniwersytet Leningradzki im. Żdanowa, gdzie uczyła się Grybauskaite, również posiadał jed­ną wyjątkową specjalizację. Na ten uniwersytet, aby studiować określony przedmiot w jakimś języku obcym, przychodzili również brodaci naukowcy litewscy, których wybierano do za­dań specjalnych: rozpowszechniania i zbierania informacji za granicą. Z tego powodu na Uniwersytecie im. Żdanowa wy­kładano wiele „kapitalistycznych” języków obcych. Oficjalne ankiety Grybauskaite odzwierciedlają jej wykształcenie: wła­da angielskim, francuskim, polskim i rosyjskim. W szkole nie było możliwości nauczyć się drugiego „kapitalistycznego” (w jej przypadku – francuskiego) języka.

Wracając do początku tego rozdziału: czy Grybauskaite ma coś wspólnego z KGB? Czy uczestniczyła w specjalnych zaję­ciach dla tajnych współpracowników?

Oto informacja do przemyślenia: w Leningradzie dzia­łał Instytut Języków Obcych KGB, który od roku 1960 został Wydziałem Języków Obcych Wyższej Szkoły KGB. Nie przyjmo­wano tam tych, którzy byli potrzebni do obserwacji zewnętrz­nej (dla nich wystarczyły roczne szkolenia). Przyjmowano tam wyłącznie tych, którzy mieli pracować poza „konturem zewnętrznym” – w wywiadzie. W połączeniu ze specjalizacją, którą można ukończyć w Uniwersytecie Leningradzkim (eko­nomia polityczna), to praca na zewnętrznym froncie ideolo­gicznym.

Lista pytań na temat Grybauskaite nie skraca się, lecz wy­dłuża.

Czy rzeczywiście rodzicami Grybauskaite są ci, których ona wymienia?

Czy nie należałoby zapisywać ich nazwisk bez litewskich końcówek, na manierę polską?

Czy naprawdę w sowieckim Leningradzie ukończyła tylko szkołę z ekonomii politycznej?

Jaką rolę w jej karierze miało NKWD-KGB, z którym zwią­zany był jej ojciec oraz jej „opiekun” Landsbergis?

Czy tak naprawdę fabryka Rot-Front, w której pracowała po przybyciu na studia do Leningradu, nie jest przykrywką dla jakiejś szkoły specjalnej? Czy przypadkiem nie tam nauczyła się karate, które w czasach sowieckich było dostępne wyłącz­nie dla przedstawicieli służb specjalnych?

Dlaczego Grybauskaite pozostała w partii komunistycznej zdrajcy Burokeviciusa po ogłoszeniu przez Litwę niepodległo­ści?

Dlaczego Stany Zjednoczone Ameryki przyjęły Grybauskaite bardzo chłodno, gdy przyjechała do pracy w Ambasadzie Litwy w Waszyngtonie, a później ona sama rzekomo poprosiła urzędników litewskich, aby ją odwołali ze stanowiska?

Dlaczego właśnie podczas rządów Grybauskaite rozgorza­ły konflikty między Litwą a Polską, znacznie pogorszyły się stosunki z USA, fiaskiem zakończył się Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, podczas którego Ukraina nie podpi­sała umowy stowarzyszeniowej z UE, co doprowadziło ją na skraj wojny?

Kto jest w stanie zaprzeczyć, że to wszystko – w tym jej kariera – nie jest częścią jakiegoś szatańskiego planu opraco­wanego z którymś z tajnych gabinetów moskiewskiej Łubianki jeszcze przed rozpadem ZSRR?

A co, jeśli to KGB (podobnie jak w przypadku grupy mło­dych ekonomistów leningradzkich z Czubajsem na czele, je­śli wierzyć generałowi Kaługinowi) chciał w ten sposób zdys­kredytować liderów młodych postsowieckich demokracji? Pokazać ich niesamodzielność i wpędzić społeczeństwa w spo­łeczno-gospodarczą zawieruchę? A następnie posłać naprzód w stronę politycznego Olimpu swych wiernych, wcześniej przygotowanych ludzi?

W taki sam sposób, jak Hejdara Alijewa w Azerbejdżanie? Albo jak Serzha Sargasyana w Armenii – kolejnej byłej repu­blice radzieckiej, która zamiast wolności i demokracji wolała pozostać pod uciskiem Moskwy i zawarła z nią unię celną, gdzie wszystkim rządzi Putin ze swoimi czekistami.

Tak na temat Sargasyana wypowiadał się były więzień po­lityczny, lider partii Cegakron, wojownik o wolną Armenię Shant Arutyunyan – po podpisaniu przez Armenię w 2013 r. unii celnej: „W ostatnich latach na rozkaz Moskwy Sargasyan pracował nad zbliżeniem z Zachodem i został podwójnym agentem, co często się zdarza w dzisiejszym świecie. Lecz mimo wszystko byłem pewien, że przy podejmowaniu ważnych de­cyzji Serzh Sargsyan będzie działał jako agent KGB”. W 2012 r. na armeńskich forach internetowych pojawiły się infor­macje, że Sargsyan współpracował z KGB pod pseudonimem „Nariman”. Taka informacja znalazła się również w Wikipedii, lecz później została stamtąd usunięta.

Podwójny agent to człowiek, który jednocześnie współpra­cuje ze służbami specjalnymi dwóch państw – na zlecenie jed­nej strony przenika do drugiej.

Czy KGB nadal poprzez swoich agentów kontroluje dawne republiki radzieckie (jeśli nie wszystkie, to przynajmniej więk­szość)?

Czy ma to jakiś związek z Grybauskaite?

Czarne dziury w biografii, nauka na uniwersytecie w Leningradzie, idealne przygotowanie do walki ideologicznej, znajomość karate, tajna grupa radzieckich ekonomistów pod kontrolą KGB, informacja o szkole KGB w Leningradzie, ojciec z NKWD, protektor mający kontakty z KGB. Przyjrzyjmy się jeszcze innym faktom.

AGENCI KREMLA

Powiem szczerze: z bólem patrzę na rozwój naszego życia spo­łecznego i muszę ze strachem stwierdzić: czy nie będzie trzeba kolejnych dziesięciu lat, byśmy dojrzeli do życia w demokracji.

Były prezydent Litwy Valdas Adamkus w wywiadzie dla gazety „Lietuvos Rytas” (listopad 2013 r.)

Po raz kolejny sięgniemy do książki „Czerwona Dalia” Ruty Janutiene. Sprawdzimy, jak wyglądała sytuacja na Litwie po przejściu najwyższej władzy państwowej w ręce Grybauskaite

i   jak ona zachowywała się wobec krajów partnerskich (w tym również partnerów strategicznych), a także jak odnosiła się do sąsiadów.

„Wersja mówiąca o nieprzyjaznym przyjęciu wysłanniczki Litwy w Waszyngtonie znajduje potwierdzenie w korespon­dencji dyplomatów USA, która została upubliczniona na stro­nie WikiLeaks. Omawiając zdystansowanie wybranej na sta­nowisko prezydenta Grybauskaite wobec planów oczarowania Stanów Zjednoczonych, dyplomaci pisali:

»Only the most senior USG officials. We understand the president is a quick study and very bright, and at the same time has a long memory and does not forget slights«.

(»W naszej ocenie prezydent szybko się uczy i jest osobą bardzo wnikliwą, ma również bardzo dobrą pamięć i nie zapo­mina okazanego jej lekceważenia«).

Przy czym ostatnie słowo w cytowanym fragmencie »slights« (przetłumaczone przez nas jako »lekceważenie«) może równie dobrze oznaczać »zignorowanie«. To znaczy, że Grybauskaite została zignorowana w Waszyngtonie. Gdy ktoś cię ignoruje, niewiele można zrobić. A jeśli nie ma z ciebie wiele pożytku, to można cię odwołać przy pierwszej nadarzającej się okazji. Pojawia się następujące pytanie: dlaczego zignorowano właśnie ją, chociaż innych wysłanników władz litewskich przyjmowa­no serdecznie w związku z przekazaniem firmy Mazeiki^ Nafta prawie za darmo amerykańskiemu przedsiębiorstwu Williams, które nadzorowali konserwatyści na czele z Landsbergisem? Czym Grybauskaite różniła się od pozostałych? A może sta­nęła przeciwko firmie Williams? Nic podobnego! W jaki spo­sób weszłaby wtedy w skład rządu tworzonego po odwołaniu Rolandasa Paksasa? Najczęściej takie sytuacje zdarzają się wte­dy, gdy nie można zaakceptować danej osoby ze względu na posiadane na jej temat informacje, choć nie do końca udowod­nione, to jednak wymuszające ostrożne zachowanie przy takiej osobie. Najlepiej ją po prostu ignorować.

Dlaczego Grybauskaite nie osiągnęła sukcesów w dyploma­cji? Ten sam dyplomata cytowany przez WikiLeaks nie podaje przyczyn jej niepowodzeń, charakteryzuje jednak ich skutki:

»Grybauskaite’s Washington experience, and her dealings with the United States on trade issues, did not leave her as pro-American as her predecessor Valdas Adamkus. Nor is she as openly anti-Russian as Adamkus, believing that inflamma­tory anti-Russian rhetoric damages Lithuania’s standing in EU councils. She has sought to reorient Lithuanian foreign policy towards greater cooperation with the EU (her early trips as president were to Brussels, Berlin, and Paris) and away from Adamkus’ high-profile support for countries like Georgia and Ukraine«.

»Doświadczenia Grybauskaite zdobyte w Waszyngtonie

i    jej negocjacje z USA w sprawach handlowych demonstrują, że nie jest aż tak proamerykańska jak jej poprzednik Valdas Adamkus. Nie jest również nastawiona tak otwarcie antyro­syjsko jak Akamkus, ponieważ wierzy, że wywołująca niezgo­dę retoryka antyrosyjska szkodzi pozycji Litwy w strukturach

Unii Europejskiej. Planuje zmienić politykę zagraniczną Litwy w kierunku szerszej kooperacji z UE (jako prezydent z pierw­szymi wizytami udała się do Brukseli, Berlina oraz Paryża)

i    trzymać się na dystans od otwartego wspierania takich kra­jów, jak Gruzja czy Ukraina«.

Valinskas, który był przewodniczącym Sejmu i miał dostęp do tajnych informacji, pytany, czy Grybauskaite została od­wołana na prośbę strony amerykańskiej, odpowiedział »tak«.

-                 Słyszał pan taką informację?

-                 Tak. Jak to się stało? W świecie dyplomatów widoczne są tylko rezultaty, o przyczynach zazwyczaj nie mówi się głośno. Dlatego przyczyn można się tylko domyślać, jednak już sam fakt jest dość wymowny

Jednak ta, którą ignorowano, »ma dobrą pamięć«. Czy wła­śnie nie z tego powodu po zaprzysiężeniu Grybauskaite Litwa nagle ochłodziła swoje stosunki z – po dziś dzień byłymi – partnerami strategicznymi, przede wszystkim z Ameryką?

W czasie kampanii wyborczej nikt nie widział żadnego dokumentu przypominającego chociaż program wyborczy Grybauskaite, w którym taka zmiana zostałaby przedstawio­na i wyjaśniona. Nikt nie został uprzedzony, że Grybauskaite postanowiła zmienić kurs, a nie wymyśliła tego przecież na poczekaniu.

Zamrożeniu uległy stosunki nie tylko z Ameryką, lecz rów­nież z krajami, których przeciągnięcie na swoją stronę było uważane za obopólny interes. Z Gruzją i z Polską. Z siłami opozycyjnymi na Białorusi, Ukrainie i w Rosji. Z Gruzją to w ogóle bardzo nieprzyjemna sprawa: rosyjskie czołgi jadą przez kraj naszych przyjaciół, a Wilno milczy

-                 Czy to tylko kwestia »lubię – nie lubię«?

Valinskas wzruszył ramionami:

-                 Prezydent Gruzji Saakaszwili, z którym niejednokrot­nie rozmawiałem osobiście, ubolewał, że zmieniło się podej­ście i poglądy głowy państwa. Między nami a tymi, których broniliśmy, została poprowadzona linia podziału. Natomiast w kwestii Polski Grybauskaite stwierdziła, że skończyła się cała nasza przyjaźń z żebrakami. Wszystkie te sieroty, nam, Litwie, już nie są potrzebne. Pytam zatem, czy my będziemy potrzebni komukolwiek?

Dokładna odpowiedź Grybauskaite brzmiała następująco:

„My (władza litewska) podpisujemy umowy z żebrakami, natomiast z krajami, które podejmują decyzje, wchodzimy w konfrontację.”

Już kilka miesięcy później, pod koniec maja 2010 r., stało się zupełnie jasne, że prezydent USA Barack Obama nie znajdzie czasu, by przyjąć Grybauskaite w Białym Domu. Pokazowe przygotowania do wizyty w Waszyngtonie skończyły się tym, że Grybauskaite otrzyma3a imienne zaproszenie na spotkanie w Pradze, na którym prezydent USA spotka siź ze wszystkimi g3owami państw Europy Centralnej i Wschodniej. Jednak pre­zydent odmówi3a przyjazdu.

Dziennikarz brytyjskiego czasopisma »The Economist« Edward Lucas jako komentarz w tej sprawie zacytowa3 s3owa jednego z pracowników Federalnej S3u^by Bezpieczeństwa USA: podobno jedynym sposobem dla niej, dawnej gwiazdy Komisji Europejskiej, aby dostaę siź do Bia3ego Domu, jest wejrecie przeznaczone dla turystów.

Było to fiasko negocjacji prowadzonych przez kilka mie­sięcy. Nie udała się wizyta, która miała poprawić reputację Grybauskaite jako polityka prosłowiańskiego, na którą zapra­cowała w czasie pierwszej wizyty głowy zagranicznego pań­stwa na Litwie. Jak wiemy, w odwiedziny do świeżo mianowa­nej pani prezydent Grybauskaite przyjechał wtedy Aleksandr Łukaszenka. Przywiózł dużo jedzenia, napitków i. przy oka­zji poprawił swój wizerunek ostatniego dyktatora europejskie­go, którego ignoruje cywilizowany świat. Później przysłano za­proszenie z Moskwy: prezydent Dmitrij Miedwiediew oczekuje Grybauskaite w dogodnym dla niej termiie.

 

A propos, nieudany okres waszyngtoński miał bardzo konkretne skutki finansowe. Po dojściu do władzy Dalia Grybauskaite powiedziała stanowcze »nie«, gdy rząd Andriusa Kubiliusa zastanawiał się, od kogo pożyczyć pieniądze rekom­pensujące skutki kryzysu. To »nie« było odpowiedzią na tani kredyt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Pieniądze Litwa pożyczyła z banków prywatnych, płacąc ponad dziesię­cioprocentowe odsetki od miliardowych kwot, a długi te do dziś wiszą podatnikom niczym kula u nogi.

Według wyliczeń ekonomisty Norbertasa Pentaikisa, każdy mieszkaniec Litwy – stary czy młody – co roku płaci za to po 700 litów. Co składa się na tę kwotę?

Jak wspominaliśmy, po wybuchu kryzysu finansowego Dalia Grybauskaite sprawiła, że Litwa w celu łatania dziur w bu­dżecie pożyczała środki nie z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, lecz od prywatnych banków. W roku 2009 Litwa na rynkach międzynarodowych pożyczała na 9 proc. lub więcej, natomiast Łotwa z Międzynarodowego Funduszu Walutowego uzyskała pożyczkę na 2,23 proc. W ciągu kilku lat ich (Grybauskaite i Kubiliusa) wspólnych rządów dług publiczny rósł w zastraszającym tempie. Pod tym względem Litwa była liderem w Europie – podobnie jak pod względem najniższych płac, największych różnic pod względem statusu socjalnego i najwyższego wskaźnika emigracji.

Decyzję o braniu wysokooprocentowanych kredytów Grybauskaite uzasadniała względami pestiżowymi kraju.

-                Jeśli kraj musi korzystać z pomocy organizacji międzyna­rodowych, to oznacza, że państwo nie jest w stanie samodziel­nie dać sobie rady – powiedziała prezydent.

To jawnie fałszywy argument – wszyscy wiemy, że Łotwa swój dług w Międzynarodowym Funduszu Walutowym już dawno spłaciła i jako pierwsza poinformowała o wprowadze­niu euro.

Za zasługi wobec komercyjnych banków europejskich, za zdławienie kryzysu finansowego przy wykorzystaniu we­wnętrznych rezerw finansowych (kosztem emerytur, świad­czeń socjalnych, konsumpcji wewnętrznej) Dalii Grybauskaite w 2013 r. przyznano Międzynarodową Nagrodę Karola Wielkiego!

I            to wszystko dlatego, że Grybauskaite ma złe wspomnienia z Waszyngtonu?!”.

Pięć lat Grybauskaite u władzy to ciąg działań, które po­kazały, że jej decyzje często mają niewiele wspólnego z tym, co wcześniej zapowiadała. W ciągu pierwszych miesięcy swo­ich rządów podkopała stosunki Litwy z jej dotychczasowymi partnerami strategicznymi. Kontakty z USA, Polską i Gruzją zostały zamrożone. A potem zaczęło się wyświadczanie przy­jacielskich przysług dotychczasowym wrogom. Batiuszka Łukaszenka dostał w prezencie głowę swojego przeciwnika politycznego Bialackiego. Głosu Litwy nie usłyszano też, gdy trzeba było poprzeć tzw. listę Magnickiego, która nakładała restrykcje na ludzi zbliżonych do Kremla.

Wypada o tym opowiedzieć dokładniej.

Janutiene twierdzi, że Grybauskaite prowadzi podwójną grę.

Kim innym jest za dnia, kim innym po zmroku. Jedno mówi, a robi zupełnie co innego.

Mówi, że jest przeciwnikiem oligarchów. A w trakcie uro­czystej kolacji bryluje w ich otoczeniu.

Łysogłowych nazywa młodzieżą narodowościową i ich wy­chwala, a na sąsiedniej Białorusi wolnomyśliciele – jak sami twierdzą – na jej polecenie zostali wydani Łukaszence.

Szuka oszczędności wszędzie, gdzie się tylko da, ale każe państwu pożyczać pieniądze na znacznie większy procent niż proponuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy

Głaszcze po głowach emerytów, ale podpisuje ustawy, które zmniejszają emerytury do głodowych kwot.

Wyraża swoje niezadowolenie z powodu korupcji i od razu zwalnia z pracy urzędników, którzy aktywnie włączyli się w walkę z łapówkarstwem.

Uczy polityków moralności, a na plac Daukantasa – we­dług słów tych samych polityków – w tajemnicy szerokim stru­mieniem płyną nielegalne zapisy prywatnych rozmów ludzi, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa.

Udaje, że walczy z falami kremlowskich kłamstw, które za­lewają Litwę z programów bałtyckiego Kanału Pierwszego, ale w rzeczywistości wcale nie ma zamiaru zmieniać tej absurdal­nej sytuacji. Kilka lat temu Sejm zakazał reklamy piwa i innych wyrobów alkoholowych w telewizji litewskiej przed dwudzie­stą trzecią. Ale wyszło tak, że reklamy piwa, wina, wódki i tym podobnych od rana do późnej nocy pokazywane są w rosyj­skich kanałach telewizyjnych, które Kreml transmituje rów­nież na Litwie. I wszystkie pieniądze z tych reklam przeszły w ręce rosyjskich mediów!

Mówi, że broni niezależności energetycznej od Rosji, a w rzeczywistości psuje stosunki z Polską, od której życzliwo­ści i wsparcia to zależy

Nazywa Gazprom potworem, ale nie sprzeciwia się, żeby człowiekowi z Gazpromu oddać drugą pod względem wielko­ści litewską elektrociepłownię w Kownie.

Pewnego razu przewodnicząca Sejmu Litwy Irena Degutiene zorganizowała w swoim gabinecie zebranie „rady społecznej”. Byli tam Darius Kuolys i Liudvika Pociuniene. Romualdas Ozolas przyszedł z dyktafonem, lecz nikogo to nie zdziwiło, ponieważ Ozolas zawsze nagrywa wypowiadane przez sie­bie ważne słowa. A nieistotnych słów mówi bardzo niewiele. Wśród zaproszonych gości znalazł się również Audrius Nakas

-    z zawodu aktor, z powołania wojownik walczący z korupcją. To właśnie jego dyktafon zarejestrował, jak przewodnicząca Sejmu ciężko westchnęła i powiedziała:

„Ponieważ nie po raz pierwszy rozmawiam otwarcie w tym gabinecie, będę otwarcie rozmawiać również z wami, chociaż

-    uprzedzam – tutaj zawsze wszystko jest podsłuchiwane. To tak na początek.”

Nie ma co! W gabinecie przewodniczącej Sejmu „wszyst­ko jest podsłuchiwane”. Kto podsłuchuje? I kogo? Przecież Degutiene nie jest podejrzewana o popełnienie ciężkich lub nawet mniej ciężkich przestępstw – a to jedyna prawna możli­wość, by „podłączyć” ją do urządzeń zapisu dźwięku i obrazu. Ale skoro tak mówi, to znaczy, że jest tego pewna.

Degutiene pracowała w gabinecie, którego nie lubił Algirdas Brazauskas i nazywał go szafą. Wszystkie ściany obite drew­nem, a do tego setki półek, szuflad i zakamarków – można tam schować całą armię pluskiew. To historyczny gabinet – tutaj ktoś słuchał Landsbergisa, a później Brazauskasa. Dostał się tutaj również Viktoras Muntianas z jakąś działką ziemi. To z tego gabinetu Arturas Paulauskas wybierał się do Rolandasa Paksasa, żeby mu wyjawić, że oddział do spraw bezpieczeń­stwa w tajemnicy jego – prezydenta – podsłuchuje, podejrze­wając, że sprzedał się Rosjanom.

Ależ mają tam na górze, u władzy zwyczaje. Ponieważ ze­branie ze społecznikami u Degutiene odbywało się tuż po pierw­szych mitingach organizowanych przed Pałacem Prezydenckim, na których ludzie protestowali przeciwko zwolnieniu dyrekto­ra Służby do spraw Badań Przestępstw Finansowych Vitalijusa Gailiusa i jego zastępcy Vytautasa Girzadasa, przewodnicząca Sejmu określiła to mianem aktualnego tematu:

-                 Gdyby państwo byli świadkami rozwoju wypadków, na przykład tego, co działo się po zwolnieniu tych urzędników i jakie podejmowano działania! My podejmowaliśmy pew­ne działania, ale potem wzywają cię do „Białej Sali” (Pałacu Prezydenckiego) i szantażują.

„Szantażują”? To znaczy, że Pałac Prezydencki zajmuje się szantażem, czyli rządami za pomocą kompromitujących mate­riałów! Po złapaniu oddechu Degutiene powiedziała:

-                 Ech, kiedy w końcu nasz naród się ocknie? To, co dzie­je się teraz, nie jest najważniejsze. Wiesz, co mnie najbardziej niepokoi? Że następuje zabór państwa, a my nie idziemy dro­gą demokracji, tylko drogą Łukaszenki. Drogą autorytaryzmu. Wzywają nas wszystkich pojedynczo i zaczyna się knucie in­tryg: mnie nastawiają przeciwko Kubiliusowi, a jego przeciw­ko mnie, trzeciego nastawiają przeciwko jeszcze komuś inne­mu. Szczują nas na siebie nawzajem. To świetna metoda: dziel i rządź. (.) Sami jesteśmy winni, że w ciągu trzech lat po­zwoliliśmy sobie wejść na głowę. Trzeba to szczerze przyznać. Dzwoni telefon – zrobić to, kolejny – zrobić tamto. A my jak durnie posłusznie wszystko wykonujemy. Wszystko.

-                 Cały czas żyjesz w ciągłym strachu – kontynuuje Degutiene. – Dalej. Ponieważ ja się nie podporządkowuję, pu­blicznie, co jasne, się nie szamoczemy, bo to byłoby nienor­malne, ale jakie są skutki? Nie mówię już nawet o podsłu­chach, wszystkich moich bliskich podsłuchują. Nawet moją starą matkę, która ma 85 lat.

Ktoś nie wytrzymał i krzyknął:

-                 Trzeba protestować przeciw temu!

-                 Niby tak, wzywam szefa Departamentu do spraw Bezpieczeństwa Litwy, który mnie podobno ochrania. I opo­wiadam o mojej siostrze, która pracuje jako prosta sprzedaw­czyni. Nie ma nic wspólnego z polityką. Albo moja mama, któ­ra skończyła 85 lat. Podam przykład. Mama mieszka ze mną. Wracam do domu, a ona siedzi w kuchni i robi jakieś bułeczki. I rozmawiamy z nią o tym, jaki farsz do nich dodała. Nagle dzwoni telefon. To moja siostra, która mówi: wszystko słysza­łam. Odpowiadam: co słyszałaś? Mówi: babcia będzie piekła bułeczki i ty się z tego powodu bardzo ucieszyłaś. Pytam: a skąd ty to. Odpowiada: dopiero wróciłaś przed chwilą, wszystko słyszałam. Zaczynam się rozglądać: a na stole leży komórka mojej mamy. Proszę, co to za pajęczyna: mama jest do niej podłączona, a siostra, której nawet nie dzwoni telefon, słyszy naszą rozmowę.

-                No tutaj oczywiście coś im się nie udało.

-                To po prostu ich bezczelność. Typowa metoda KGB, żeby kogoś nastraszyć. Skończ, kobieto, albo zmykaj, gdzie pieprz rośnie. Jeszcze ciekawsza historia. Moja córka jest prawnikiem i pracuje w Ministerstwie Skarbu. Na szczęście nie siedzi sama w gabinecie: jest szeregowym pracownikiem, więc siedzi ich tam trójka. Na biurku – tak jak u pozostałych – leży telefon. I córka opowiada: „Nagle słyszę w moim telefonie, bez żad­nego dzwonka, jak kuzyn rozmawia ze swoją córką, która mieszka w Brukseli. Mówi: całej naszej trójce opadły szczęki

-    co tu może się dziać? A ja wzywam osoby odpowiedzialne za takie sprawy i wszystko im odpowiadam. Jaką dostałam od­powiedź? Mówią – niech pani to zgłosi do swojego operatora komórkowego.

Chcąc, by jej uwierzono, Degutiene powiedziała, że po­dobne historie z telefonami działy się również u Arvydasa Anusauskasa, gdy zajmował stanowisko przewodniczącego Komitetu Parlamentarnego do spraw Bezpieczeństwa i Obrony Narodowej.

Po wyborach do Sejmu wspomniał o tym również inny były przewodniczący Sejmu – Arunas Valinskas.

Stara część Wilna, w wąskiej uliczce jest zamknięte podwór­ko. Jeden z „trzech władców państwa”, a obecnie znów po prostu showman Arunas, stara się dość do siebie po porażce w wyborach do Sejmu w zawilgotniałej, dawno przez nikogo nie odwiedzanej kanciapie.

-                Czy spowiedź Degutiene była dla pana nowością?

-                Nie zdziwiła mnie.

-                To, co opowiedziała, przypomina szantaż. Ktoś podsłu­chuje twoje rozmowy, a potem zaczynają się naciski.

-                Byłem jednym z wielu, których zapisy rozmów lądowały na stole pani prezydent – mówi były przewodniczący Sejmu.

-                Skąd pan o tym wie?

-                 Po prostu wiem.

-                 Czy ona cytowała wam te rozmowy?

-                 Nie, ale wiem, które rozmowy i jakie ich fragmenty zo­stały jej przedstawione. W taki sposób, jak się zdaje, postępo­wano ze wszystkimi, na których próbowano naciskać.

Valinskas mówi serio. Nie wzbudza podejrzeń, że impro­wizuje. Tym bardziej, że w czasie naszej rozmowy był już w partii z Dainiusem Dabasinskasem – jednym z byłych, ale nadal wpływowych szefów Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego (DGB).

-                 Czyli plotki, że ona lubi czytać zapisy cudzych rozmów są prawdziwe?

-                 Myślę, że to nie tylko plotki. Kto ma informacje, ten ma władzę. A w świecie polityki władza nad informacją jest szcze­gólnie ważna. Zbieranie określonych informacji, aluzje, plotki, ich rozpowszechnianie, szczucie ludzi na siebie. To wszystko jest bardzo istotne.

-                 Zacytujesz komuś pewną kwestię z rozmowy. – domy­ślam się, że takie są metody placu Daukantasa.

-                 Dokładnie! A komuś innemu powiesz coś innego. Jednak legalność zdobycia takich informacji budzi podejrzenia. To jak średniowieczna zasada: „dziel i rządź!”. Nieraz w rozmowach z Degutiene, ministrami, Kubiliusem słyszałem frazę: „to ta­jemnica poliszynela”, którą wypowiadano w danym towarzy­stwie mówiąc o innym. A później w drugą stronę.

-                 Aż tak plotkują?

-                 Tak.

Valinskas i Degutiene zdemaskowali tę maskaradę publicz­nie. Pałac Prezydenck,i oskarżony o wykorzystanie materiałów pochodzących z nielegalnych podsłuchów, szantażowanie po­lityków i manipulacje, milczał.

Wszystko jest robione tylko po to, by jak najdłużej zostać na szczycie, u władzy, a w najgorszym wypadku zamienić jed­no stanowisko na inne – oczywiście nie gorsze – tak uważa inna osoba, która niegdyś zaliczała się do bliskiego otoczenia Grybauskaite.

-                Jeśli tak będzie nadal, ona nadal będzie degradować. – Ta sama osoba wspomniała jeszcze słowa Linasa Balsisa, który pewnego razu nie wytrzymał, trzasnął drzwiami i wyszedł.

Co oznacza „degradować”?

-                Degradować znaczy tyle, co brać się za rządzenie, nie ma­jąc bladego pojęcia o tym, po co ci to wszystko jest potrzebne.

-                Winny jest zawsze ktoś inny A kiedy próbuje się udo­wodnić ową winę, uciekając się do metod konkretnych struktur siłowych i prokuratury, prowadzi to do stylu rządzenia, który bardzo przypomina ten obowiązujący na sąsiedniej Białorusi – przybliżył jeszcze charakterystykę Grybauskaite Valinskas.

-                „Gryboszenko”? Tak?

-                Tak.

Wielość intryg odstrasza inteligentnych i odważnych. A słu­chy o metodach Grybauskaite rodem z KGB rozprzestrzeniają się niczym zaraza. Przecież tych metod gdzieś uczono. Czy aby nie w Wyższej Szkole Partyjnej? Tam ludzie uczyli się funkcjo­nowania w skomplikowanej strukturze władzy, współistnienia z dpatriotami radzieckimi, komunistami, którzy przepowiadali wielkie cele, strategie i taktyki: zbudować chociażby rozwinię­ty socjalizm, a jeśli się uda – rozpowszechnić go na cały świat. W tym celu niczym broń potrzebna była władza.

A do czego Grybauskaite potrzebuje władzy?

Nie minęło nawet pół roku od wyborów, gdy uwaga opi­nii publicznej ponownie zwróciła się w stronę jej przeszłości w nadziei, że odnajdzie tam przyczyny jej dziwnego i nielo­gicznego zachowania. Przecież mając niejasną przeszłość, a nie posiadając przy tym żadnych zaufanych osób czy „pleców”, będąc bardzo samotną, a do tego nieowładniętą żadną ideą (Grybauskaite z pewnością nie jest typem lidera-wizjonera), przejawia ona wyjątkowe dążenia, by pozostać tam, gdzie jest. Z jakiej przyczyny? By po prostu być?

Były deputowany Sejmu Litwy, znany dziennikarz Rimvydas Valatka, komentując skandal związany z Degutiene, stwierdził, iż „stało się jasne, że mówienie prawdy przez polityków jest po prostu niestosowne”.

Rzeczywiście, czy można do drugiego najważniejszego czło­wieka w państwie mówić w taki sam sposób jak do jakiegoś nielojalnego dziennikarza? Że kraj został zajęty Że kroczymy nie drogą demokracji, lecz autorytaryzmu w stylu Łukaszenki. Że prezydent wzywa pojedynczo do swojego gabinetu i knuje intrygi: ją szczuje na Kubiliusa, a Kubiliusa na nią. Że sami konserwatyści są winni, bo w ciągu trzech lat pozwolili wejść sobie na głowę. Że wszyscy żyją w strachu. Że nawet w gabine­cie przewodniczącej Sejmu jest pełno pluskiew. Że podsłuchu­ją nawet jej matkę i córkę.

Czego dowiedzieliśmy z tych zapisów?

Że przewodnicząca Sejmu zdaje sobie sprawę z faktu, iż pre­zydent zagraża demokracji, ale mimo to milczy, bo się boi. Że ona – przewodnicząca – nie potrafi dobierać przyjaciół: orga­nizuje audiencje zarozumialcom, którzy nikogo nie reprezen­tują. Że jest bardzo naiwna, bo wypłakuje się w mankiet tym, którzy, korzystając z jej chwili słabości nagrywają rozmowę, a później wykorzystują ją w niecnych celach.

Że przynajmniej druga najważniejsza osoba w państwie prawidłowo ocenia sytuację, jest odważna w słowach, a nie w czynach. Gdyby opowiedziała to wszystko na głos, publicz­nie, patrząc w oczy narodowi, taka odwaga mogłaby być tylko powodem do dumy.

Że po upublicznieniu jej chwilowej odwagi nie wymyśliła nic lepszego jak tylko wykorzystanie cenzury stalinowskiej.

Że ograniczenie swobody mediów zaszło tak daleko, iż z cenzury korzysta nie tylko autorytarna prezydent, ale rów­nież ta, która się jemu sprzeciwia.

Że przewodnicząca Sejmu wzięła pod uwagę wszystkie czynniki i wyjątkowo poprawnie oceniła sytuację w państwie. Odwaga pod stołem. Za drzwiami. I tylko w drużynie. Taka jest cena zgody na życie w strachu[9].

Nieprzypadkowo znalazło się tu nazwisko Łukaszenki, któ­ry przekształcił Białoruś w państwo zamknięte, jęczące od cio­sów żelaznej pięści dyktatora – najbliższego przyjaciela Putina.

Janutiene przypomina historię związaną z białoruskim opozycjonistą Aleksandrem Bialackim, który na swoim pry­watnym rachunku bankowym na Litwie trzymał pieniądze fundacji Wiasna.

Fundacja opiekuje się rodzinami ofiar represjonowanych przez Łukaszenkę i więźniów politycznych. Informacje, któ­re Ministerstwu Sprawiedliwości Litwy udało się wydobyć od banków, świadczą o tym, że fundusz miał na koncie około 200 000 dolarów amerykańskich.

Cała historia związana z aresztowaniem Aleksandra Bialackiego, do którego doszło w wyniku współdziałania Wilna i Mińska, rzeczywiście powala z nóg. Litwa przekaza­ła Białorusi dane dotyczące rachunków bankowych nie tylko dwóch przeciwników Łukaszenki – Bialackiego i Walentina Stefanowicza. Litwa wydała informacje o rachunkach cztery­stu Białorusinów w zamian za analogiczną informację doty­czącą pięciuset Litwinów.

Dziennikarz Nikołaj Chalezin wyjaśnił, że dwa lata wcze­śniej Litwa zabroniła obywatelom Białorusi otwierania ra­chunków bankowych w swoich bankach. Wyjątki robiono tyl­ko wobec obrońców praw człowieka i organizacji społecznych.

 

Kilkuset Białorusinów wydanych przez Wilno zdążyło uciec za granicę. Mińsk spodziewał się, że Bialacki również ucieknie, a wtedy można by uznać go za oszusta, który uchyla się od płacenia podatków, oczernić go publicznie i zniszczyć mu re­putację. Bialacki przewidział taki scenariusz i nie uciekł, dlate­go został osądzony i wtrącony do więzienia na siedem lat.

Wicepremier białoruskiej partii chrześcijańskich demokra­tów Paweł Seweryniec stwierdził, że zaistniała sytuacja była „ciosem Litwy w plecy białoruskiej opozycji”. Dodał również, że nie wierzy w oficjalne wyjaśnienia Litwy, że był to „błąd techniczny”.

-                 To nie był żaden błąd, ale realizacja woli Dalii Grybauskaite – uciął Seweryniec. Natomiast białoruski po­litolog Jurij Chaszczewacki, powołując się na swoje źródła w Wilnie, stwierdził, że w taki sposób została spełniona wola litewskich elit finansowych.

-                 Nie ma wątpliwości, że wyświadczyła przysługę swoim przyjaciołom – powiedział Chaszczewacki, mając na myśli Grybauskaite.

Wyjaśniając przyczyny zdrady, białoruski portal interneto­wy Tut.by zebrał dane na temat biznesmenów, którzy prowa­dzą interesy na Białorusi. Przypuszczalna wola Grybauskaite dotycząca oddania danych na temat białoruskiej opozycji Łukaszence związana jest z fabryką mebli Mebelain, którą wy­budował na Białorusi koncern SBA.

-                 Po rozpoczęciu budowy wszystko się zmieniło – powie­dział Chaszczewacki.

Białoruskie media pisały, że służby specjalne Litwy w tajem­nicy uruchomiły pewien biznes wraz z białoruskim KGB, który był obopólnie korzystny. Chodzi o to, że władze Litwy w tym samym czasie corocznie wydzielały ok. 10-12 mln dolarów na utrzymanie opozycji białoruskiej – w roku kolejnych wybo­rów na Białorusi kwota ta wielokrotnie wzrosła. Te pieniądze są dostarczane opozycjonistom białoruskim przez kurierów Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego Litwy; są prze­wożone niewielkimi partiami, zwykle po 15-20 tys. dolarów. Szacuje się jednak, że przynajmniej od 35 do 40 proc. pienię­dzy w ogóle do nich nie dociera, ponieważ służby białoruskie przechwytują kurierów i konfiskują tę „kontrabandę”.

Za rządów Grybauskaite współpraca białoruskich i litew­skich organów bezpieczeństwa, dzięki której pieniądze prze­znaczone dla opozycji idą na działalność kryminalną, nie ma już charakteru podziemnego, lecz prawie oficjalny

Według informacji Janutiene, początkowo zapytanie doty­czące funduszy Białorusina Aleksandra Bielackiego znajdują­cych się w litewskich bankach zostało skierowane do Vitalijusa Gailiusa – dyrektora Służby do spraw Badań Przestępstw Finansowych.

Bielacki – przeciwnik reżimu białoruskiego – rzeczywiście posiadał rachunki bankowe na Litwie, na które wpływały środki od organizacji międzynarodowych wspierających de­mokrację. W ten sposób finansowano działalność białoruskiej opozycji. Gailius pismo od białoruskiego KGB wyrzucił do ko­sza.

Mimo wszystko Mińsk jednak otrzymał niezbędne dane i zadał cios obrońcom demokracji, natomiast Gailius z czasem został. zwolniony

Co ważne, Gailius nie ma żadnych wątpliwości, że jego przeciwnicy na Litwie mają bliskie kontakty ze służbami spe­cjalnymi Białorusi. Te kontakty trwają od momentu, w któ­rym ktoś z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Litwy i – we­dług wszelkiego prawdopodobieństwa – z Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego zaczął przekazywać do Mińska informacje o wsparciu z zagranicy dla opozycji białoruskiej.

W jakim celu to zrobiono?

Czy była to przyjacielska przysługa wyświadczona dyktato­rowi Łukaszence? A może chodziło o korzyści finansowe?

Ruta Janutiene wskazuje bezpośrednio, że niektóre istotne decyzje Grybauskaite mają podłoże finansowe, np. protekto­rat grupy biznesmenów, którzy rządzą koncernem Vilniaus Prekyba (dosłownie „Handel wileński”). Janutiene twier­dzi, że ów protektorat przyniósł im dochód w wysokości 79 mln litów.

Podaje również kolejny przykład: tajemnicza przyjaźń Grybauskaite z litewskim klanem Garbaraviciusów związanych z energetyką, którzy mają bliskie kontakty z Rosją. Opisuje tę sprawę następująco:

„Wilno, wieczór 17 maja 2009 r. Wraz z nagłym nadejściem wiosny wszędzie zakwitły kwiaty. Miejsce akcji: plac między Ministerstwem Obrony i parkiem Pałacu Prezydenckiego. Operator telewizyjny »Litewskiego poranka« (»Lietuvos ry- tas«) zainstalował się za oknem hotelu Artis. To właśnie tutaj na ogłoszenie wyników wyborów czekała Dalia Grybauskaite ze swoimi ludźmi. Najbliżsi współpracownicy siedzą wraz z nią przy okrągłym stole. Kamera telewizyjna powoli przesuwa się po ich twarzach. Oto i Grybauskaite. Uśmiecha się, wygląda na zadowoloną. Ale jak tu się nie cieszyć, jeśli wybory zostały wygrane w pierwszej turze!

A kto siedzi obok niej po prawej stronie? Jonas Garbaravicius! Obok – jego wuj konserwatysta Ramunas Garbaravicius. Nieco dalej – kolejny, choć już nie tak ważny syn – również z Garbaraviciusów Tyłem do kamery ekipy telewizyjnej sie­dzi rudowłosa Rima Kaziliuniene – osobista przyjaciółka Grybauskaite, oficjalnie członek gabinetu. Dalej Andrius Kubilius z żoną Rasą Kubiliene i Vitas Mazutas.

Z rodziny Garbaraviciusów brakuje tylko udającego opozy­cjonistę i nieco stukniętego (jeśli wspomnieć chociażby o jego publicznych wystąpieniach jako mera Kowna) wuja Arvydasa. Przy czym rodzina Garbaraviciusów to ręka rosyjskiej energe­tyki na chudej szyi Litwy. To właśnie oni sprzedają Litwie ok. 90 proc. energii niezbędnej dla kraju, a ta energia pochodzi z Rosji.

Oficjalna wersja jest następująca: Garbaraviciusowie to sta­ra dynastia energetyków, którzy »w jakiś sposób« związali się z Rosjanami.

Wszystkie laury rodzina oddaje synowi Jonasowi – bo­haterowi kolorowych pism, mężowi swojej pięknej żony. To właśnie z nim związana jest jeszcze jedna legenda sukcesu ro­dziny Garbaraviciusów. Podobno, gdy umieszczono go w nie­szczęsnej Energetyce litewskiej (Lietuvos energija), to właśnie on – jako sprytny chłopak – wymyślił (a może jednak ktoś mu podpowiedział), że perełkę litewskiego systemu energii elektrycznej – energię wytwarzaną przez Krońską Elektrownię Szczytowo-Pompową – należy sprzedawać przez pośredników. Później zdarzył się cud: Jonas otrzymał propozycję współpracy od rosyjskiej firmy państwowej, która kontroluje całą energię elektryczną wytwarzaną w Rosji.

To, co wcześniej należało do Garbaraviciusów, stało się wspólne z Rosjanami, a w rzeczywistości – z Kremlem i Putinem. Hurra. Wspólne przedsiębiorstwo otrzymało monopol na import rosyjskiej energii elektrycznej na Litwę. Przy sterze zjednoczonej sieci rosyjskiego systemu energetycz­nego stał wtedy Anatolij Czubajs. Człowiek, który w 1976 r. w Leningradzie pod skrzydłami KGB rozpoczął planowanie re­form gospodarki Związku Radzieckiego.

Obok biura Garbaraviciusów w Kownie, gdy tamtędy prze­chodziłam, stało tak wiele leksusów jak sardynek w puszce. Lusterko przy lusterku. A co? Praca – jak mawiają Rosjanie – czysta: ty liczysz procenty, a prąd sam się produkuje. Na szczę­ście Ignalińska Elektrownia Atomowa została zamknięta i nic nie wskazuje na to, żeby miała się pojawić kolejna. Cekuolis z Kubiliusem się o to postarali – ich demagogiczna reklama zrobiła swoje i podczas referendum mieszkańcy głosowali przeciw.

Grybauskaite również wypowiedziała się wtedy na ten te­mat. Od razu po wyborach, gdy miała wątpliwości, czy Litwa powinna się zabierać za taki projekt.

To, czy Litwa będzie posiadać energię atomową, będzie za­leżało od przejrzenia strategii i wyliczeń, w co lepiej zainwe­stować – powiedziała Grybauskaite jesienią 2009 r. Późniejsze wypowiedzi typu »przecież nie zginiemy bez elektrowni ato­mowej były raczej na pokaz, żeby wszystko nie wyglądało aż tak prorosyjsko.

A po co Litwa ma budować, skoro Rosjanie będą mie­li nową elektrownię w Kaliningradzie i już zaproponowali Garbaraviciusom wyłączne prawo sprzedaży energii elektrycz­nej z elektrowni kaliningradzkiej. Proszę sobie wyobrazić, ile to dobra! Nawet nie trzeba wysyłać czołgów: Litwa poprzez ludzi swojej partii patriotycznej została ujarzmiona energe­tycznie, nawet nie może westchnąć! Nie wspomniałam jesz­cze? Ramunas Garbaravicius długo utrzymywał się w elitach Związku Ojczyzny, był nawet w Pałacu Prezydenckim.

Czy teraz jest już jasne, dlaczego przez całą kadencję pa­trioci się tylko »dogadywali«? Niekompetentny, lecz dla Grybauskaite bardzo ważny minister Sekmokas trząsł się i w ciągu czterech lat »wytrząsł« masę dokumentów – i referen­dum w sprawie elektrowni atomowej przegrane.

A w noc po wyborach prezydenckich Garbaraviciusowie siedzą sobie i wszyscy in corpore świętują zwycięstwo Dalii Grybauskaite. Dlaczego świętowała akurat w takim gronie? Tak po prostu wyszło, chociaż w rzeczywistości sama tego nie chciała?”.

Kim są Garbaraviciusowie? Według informacji litewskiego portalu 15min.lt, bracia Arvydas i Ramunas oraz ich dzieci są jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin na Litwie.

Bracia przezornie wybrali różne partie polityczne. Arvydas był jednym z najbardziej wpływowych działaczy Związku Liberałów i Centrum, a w latach 2003-2007 pełnił funkcję mera Kowna. Ramunas przez wiele lat był jednym z najważniejszych działaczy partii Związek Ojczyzny – Litewscy Chrześcijańscy

Demokraci, a nawet jej skarbnikiem i członkiem Sejmu w la­tach 2004-2008.

Rodzinny majątek pomnaża również dochodowy biznes synów obu braci Linasa i Jonasa Garbaraviciusów, związany z importem rosyjskiej energii elektrycznej, a także wiele in­nych, pomniejszych, lecz równie dochodowych firm.

Jednak w ostatnim czasie rodzinę Garbaraviciusów zaczął prześladować pech. Niepokój wzbudzają wszczęte przeciwko nim dochodzenia, a Ramunas Garbaravicius bez żadnych wy­jaśnień w kwietniu 2013 r. zawiesił swoje członkostwo w partii konserwatystów. Okazało się również, że kuzyni Jonas i Linas są zamieszani w aferę z możliwym przekupstwem, oszustwem i fałszerstwem dokumentów

Być może to zbieg okoliczności, ale po wstrzymaniu w trybie pilnym sprawy karnej Jonas Garbaravicius postanowił opuścić Litwę i otworzyć zupełnie nowy biznes w Londynie.

Ojciec braci Arvydasa i Ramunas Garbaraviciusów – Jonas

-        był pierwszym na Litwie dyplomowanym energetykiem, wykładowcą Politechniki Kowieńskiej. Natomiast matka – Grazvyda Murkaite-Garbaraviciene – jest znanym pediatrą.

60-letni Arvydas Garbaravicius zajmuje się biznesem od 1992 r. Kierował radą Trustu do spraw Budów i Remontów Podziemnych (obecnie Pozeminiai darbai S.A.). W latach 2000-2001 był zastępcą naczelnika obwodu kowieńskiego. W latach 2003-2007 zastępcą mera Kowna. Przez wiele lat był jednym z najbardziej wpływowych członków Związku Liberałów i Centrum. Obecnie jest członkiem rady samorzą­du kowieńskiego, akcjonariuszem i doradcą dyrektora gene­ralnego koncernu Scaent Baltic. Jest również członkiem zarzą­du fundacji Sugihary Dyplomaci dla życia, członkiem klubu Santara-Sviesa, jednym z założycieli Kauno pletros forumas.

Żona Arvydasa Garbaraviciuas – Rita Garbaraviciene

-        jest lituanistką i dyrektorką Muzeum Miejskiego w Kownie. W połowie 2013 r. postanowiła wstąpić do Partii Socjaldemokratycznej.

Arvydas Garbaravicius ma dwóch synów:                          Linas

Garbaravicius jest dyrektorem Scaent Baltic Investment S.A., Rytis Garbaravicius – właścicielem klubu nocnego Macao w Kownie.

57-letni Ramunas Garbaravicius również zajmuje się bizne­sem od 1992 r. Kierował firmami Genys S.A. i Kauno audiniai

S.A. Od 2000 r. zajmował stanowisko doradcy dyrektora ge­neralnego Kauno energij . Był członkiem Rady Miasta Kowna i parlamentarzystą. Jest członkiem prezydium partii Związek Ojczyzny – Litewscy Chrześcijańscy Demokraci i jej skarbni­kiem (zawiesił członkowstwo 9 kwietnia 2013 r.). Obecnie jest również w zarządzie holdingu Scaent Baltic, do którego należy pakiet akcji największego gracza na litewskim rynku energii elektrycznej – Inter RAO Lietuva – oraz doradcą dyrektora ge­neralnego. Dodatkowo jest przewodniczącym zarządu fundacji Sugihary Dyplomaci dla życia.

Jego żona – Birute Garbaraviciene – jest dziennikarką i prze­wodniczącą kolegium redakcyjnego grupy SC Baltic Media.

Ramunas Garbaravicius również ma dwóch synów. Jonas Garbaravicius jest akcjonariuszem koncernu Scaent Baltic, miesiąc temu odszedł ze stanowiska przewodniczącego zarzą­du. Obecnie jest partnerem firmy inwestycyjnej CEE Resources & Investments założonej w Londynie. Natomiast Saulius Garbaravicius jest przewodniczącym zarządu grupy medialnej SC Baltic Media.

Pod koniec 2013 r. przedstawiciel dostawcy energii elek­trycznej Inter RAO – giganta kontrolowanego przez Rosję (jego akcje są notowane na giełdzie warszawskiej) – Jonas Garbaravicius, który postanowił kontynuować karierę w Europejskim Centrum Finansowym w londyńskim City, stwierdził, że planuje zainwestować w wydobycie ropy nafto­wej w Rosji. „Prawdę mówiąc, w Inter RAO Lietuva nie bar­dzo mam co robić. Dlatego wraz z partnerami chcemy teraz wypłynąć na głębsze wody Mam kilka projektów, które być może uda się wprowadzić w życie w perspektywie długofalo­wej. Mam na myśli również plany zakupu jednej stosunko­wo niewielkiej rosyjskiej rafinerii” – powiedział Garbaravicius w wywiadzie dla gazety ,Verslo Zinios”.

Z jego słów wynika, że wraz z firmą CEE Resources & Investment ma zamiar znaleźć źródło finansowania i zain­westować w poszukiwanie i wydobycie dóbr naturalnych. Garbaravicius jest partnerem firmy inwestycyjnej Central Eastern European Resources & Investments, która działa w Europejskim Centrum Finansowym w londyńskim City. , Jeden z naszych celów to znalezienie niedrogich źródeł finan­sowania, a także być może kapitału wysokiego ryzyka, który będzie tańszy niż proponują to banki rosyjskie. Rosyjski sek­tor bankowy jest drogi i działa w specyficzny sposób. Nie jest szczególnie chętny, żeby inwestować w poszukiwanie i badanie złóż. W tym kraju są określone tereny, obszary z licencją, które wymagają inwestycji. Istnieje ryzyko, ale można zakładać rów­nież odpowiedni zarobek. Oczywiście takich umów nie można zawrzeć w pojedynkę, potrzebni są partnerzy, banki” – powie­dział Garbaravicius.

A teraz trzeba zadać pytanie: czy w Rosji jest ktokolwiek, kto może bez sankcji ze strony Kremla zajmować się bizne­sem naftowym? Odpowiedź: był tylko jeden taki człowiek – Michaił Chodorkowski, ale jego losy są powszechnie znane: wiele lat spędził w więzieniu. Kolejne pytanie: czy to możliwe, że Garbaravicius, który, według słów Janutiene, był jednym ze sponsorów kampanii wyborczej Grybauskaite, jest bar­dziej wpływowy? Czy to możliwe, żeby obywatelowi Litwy ot tak pozwolono wejreę w naftowy biznes Rosji, w którym na każdym kroku rozstawieni s1 ludzie z FSB?

Odpowiedź… Jakiej można tu udzielić odpowiedzi? I kto jej udzieli? Ludzie boją się głośno mówić o tym, co naprawdę dzieje się na Litwie.

Rozmówca Ruty Janutiene to były współpracownik KGB, którego ona opisuje jako „przestraszonego jak zając”. Przez cały czas prosił: „Niech pani zrobi wszystko, żeby nie dowie­dzieli się, kim jestem”.

-                 Proszę się nie denerwować, nawet głos panu zmienimy Proszę tylko opowiedzieć.

I on opowiadał:

-                 Przesłuchiwali ludzi. W sprawie partii Uspasskich, w spra­wie wcześniejszych partii Prunskiene. W sprawie Paulauskasa.

-                 Kogo przesłuchiwali?

-                 Powiedzmy, że byli ludzie, których infiltrowano jako członków. Szukano w różnych kierunkach. Jedna jednostka zajmowała się ambasadami za pomocą tajnych podsłuchów itd., inna – sprawami ekonomicznymi, np. jakie są przepływy pieniędzy. Jeszcze inna zajmowała się partiami, organizacjami społecznymi, mniejszościami narodowymi, środkami maso­wego przekazu. Szukając pod różnym kątem, otrzymywaliśmy podobne wyniki.

I co z tego? Śledzili i wyśledzili. Wyśledzili, jak ludzie blisko związani z Uspasskich pobierali z łotewskich banków spore kwoty gotówką i przekazywali jemu na Litwę. Nagrywano ich rozmowy telefoniczne. Gdzie jest ten materiał? Matulevicius opowiedział, co było dalej. Kiedy już się okazało, że Uspasskich to nie tylko charyzmatyczny Rosjanin, który piosenkami i tańcami potrafi zawrócić w głowie litewskim wyborczyniom z utęsknieniem wyczekującym energicznego mężczyzny, KGB przekazał te materiały politykom.

Zebrano bardzo dużo materiału, z którego jasno wynika­ło, że polityk pochodzenia rosyjskiego Wiktor Uspasskich – przewodniczący litewskiej Partii Pracy, były deputowany do Parlamentu Europejskiego z ramienia Litwy, były minister gospodarki, który kontrolował dostawy rosyjskiego gazu na Litwę – w rzeczywistości jest agentem rosyjskiego wywiadu.

I              co się z nim stało? Mówiąc ogólnie – nic. Do dziś jest deputowanym do Sejmu. Co miesiąc jeździ do Rosji, gdzie – jak sam twierdzi – prowadzi biznes. Mało tego – jego partia jest członkiem koalicji rządzącej, ministrowie z jego partii pracują w rządzie Litwy, a przewodniczącym Sejmu jest obec­nie przedstawiciel Partii Pracy – i Grybauskaite nie ma nic przeciwko temu. Jego nazwisko stało się symbolem korupcji, a w 2013 r. on sam został skazany na cztery lata pozbawie­nia wolności za machinacje związane z funduszami partyj­nymi, jednak wyrok sądu nie został wykonany. Uspasskich do dziś przebywa na wolności i robi to, co mu się żywnie podoba. A może to, co wymyśla się w rosyjskiej centrali wywiadu?

Dlaczego nikt się tym nie interesuje?

Janutiene pisze: „Tak się złożyło, że na Litwie – od momentu odzyskania niepodległości – nie złapano ani jednego szpiega. W Estonii i na Łotwie niekiedy się to zdarza, natomiast Litwa udaje, że nikt nie szpieguje na jej terytorium”.

Agenci KGB nie wydają swoich ludzi?

Janutiene ponownie wraca do rozmowy z byłym (i wystra­szonym) współpracownikiem KGB: „Mój sekretny rozmówca, były »kagiebowiec« cały czas upewnia się, czy przypadkiem go nie oszukuję, czy naprawdę na ekranie nie będzie widać jego twarzy: »Na Litwie – podobnie jak w innych krajach postsowieckich, które Rosja stara się utrzymać pod kontro­lą – odbywa się specyficzne współzawodnictwo socjalistycz­ne. Finansowaniem obejmuje się od razu kilka partii, polity­ków; największe fundusze dostają ci, którzy najlepiej pracują. Dlatego konkurenci, chociaż dostają fundusze z tych samych źródeł, publicznie się na siebie złoszczą i się spierają…«”.

Oto, jak sytuację na Litwie ocenia Oleg Greczeniewski, który pod koniec listopada 2013 r. opublikował opraco­wanie analityczne dotyczące tego, w jaki sposób KGB-FSB wpływa na najwyższe kręgi władzy w dawnych krajach

ZSRR[10]. Szczególnie dokładnie analizuje sytuację na Litwie, której niepodległości niegdyś bronił – poprzez pryzmat dwóch wpływowych klanów działających wewnątrz KGB-FSB: klanu moskiewskiego i petersburskiego (leningradzkiego).

Greczeniewski twierdzi, że od samego początku „niepodle­gła Litwa” była projektem sowieckich służb specjalnych, któ­re posiadały tam tak rozległe kontakty, że dosłownie oplotły nimi całą republikę niczym pajęczyną. Przynajmniej dziewię­ciu członków komitetu założycielskiego Sąjudisu (z 35 osób) było tajnymi agentami KGB. Przy czym byli to najwyżej po­stawieni przedstawiciele demokratycznego ruchu Litwy: prze­wodniczący Vytautas Landsbergis i jego najbliżsi towarzysze: Bronislavas Kuzmickas (przyszły zastępca przewodniczącego Najwyższej Rady Litwy) i Virgilijus Cepaitis (sekretarz wyko­nawczy Sąjudisu), była premier Kazimira Prunskiene, przyszli wicepremierzy: Zigmas Vaisvila i Romualdas Ozolas, a także wybitni politycy litewscy: Algimantas Cekuolis, Vitas Tomkus i Jokubas Minkevicius.

To znajome nazwiska. Każdy z tych ludzi miał głośny pro­ces sądowy związany z kolaboracją z KGB. Niektórzy potrafili się wybronić, inni nie.

Greczeniewski jest pewien, że cała polityka wewnętrzna niepodległej Litwy była tak naprawdę walką między klana­mi „mafii czekistowskiej”, jak ją nazywa, która nieco później jeszcze bardziej się skomplikowała z powodu włączenia się do niej Amerykanów. W pierwszych latach niepodległości Litwy bardzo silny był tzw. klan korżakowski (Korżakow pracował w ochronie osobistej szefa KGB Jurija Andropowa, a w kon­sekwencji został szefem służby bezpieczeństwa całego Kremla i okazał się jednym z najbardziej wpływowych zwierzchników resortu siłowego w Rosji w czasach prezydenta Jelcyna). Jednak już w latach dwutysięcznych na arenie zostały tylko dwa kla­ny: moskiewski i piterski.

W opinii Greczeniewskiego tylko okres prezydentury Amerykanina Valdasa Adamkusa w historii niepodległej Litwy można uznać za stosunkowo niezależny od monopolistycz­nego wpływu rosyjskich służb specjalnych; w tym czasie ak­tywnie w grę włączyły się służby specjalne USA (Adamkus jest związany z wywiadem wojskowym).

Tym niemniej „wygląda na to, że Adamkus nie miał real­nej władzy na Litwie – wszystko, co mógł wtedy zrobić, to próbować ugrać coś na niesnaskach między wrogimi klanami KGB”.

Nie jest to żadna tajemnica, ponieważ w 2011 r. sam Adamkus opowiedział o tym, że przez cały czas odczuwał bar­dzo silne naciski ze strony rządzących elit Rosji. „Mam nawet coś, co przypomina szantaż wobec mnie jako głowy państwa. Odręcznie napisany dokument, nawet nie na maszynie do pi­sania, którym zapisano: albo robisz tak, jak my mówimy, albo zniszczysz państwo. I choć wprost tego nie napisano, to zro­biono aluzję, że gdy przyjdzie czas, rozprawimy się z tobą za pomocą metod politycznych” – opowiedział Adamkus.

Na pytanie, dlaczego nie wymienia nazwisk, były prezydent stwierdził, że na Litwie ci ludzie są traktowani prawie jak bo­gowie i „w takim przypadku zostałaby zburzona iluzja społe­czeństwa dotycząca niewinności tych ludzi”.

Nieco wcześniej, w marcu 2009 r., Adamkus musiał się wprost tłumaczyć i odpierać zarzuty, które wydają się absurdal­ne. Gazeta „Nowości Litewskie” („Lietuvos Zinios”) opubli­kowała artykuł znanego dziennikarza Valdasa Vasiliauskasa, w którym napisał, że w 1988 r. został zapoznany z Adamkusem

-    urzędnikiem federalnym USA służącym w tym czasie w armii amerykańskiej i wykładającym nawet język rosyjski w szkole wojskowej w Fort Riley – przez. majora KGB. „Było jasne, że major KGB i Adamkus spotykają się nie po raz pierwszy”

-      stwierdził dziennikarz. Oprócz tego, według jego wiedzy, Adamkus miał wielu takich znajomych, nie tylko z Litwy.

Reakcja Adamkusa była stanowcza: „Odpowiadam wszyst­kim autorom: nic takiego się nie zdarzyło. To kłamstwo i oszczerstwo, które będzie ciążyć na waszym sumieniu”.

W 2007 r. Adamkus odmówił podpisania nowej wersji ustawy dotyczącej lustracji przyjętej przez Sejm, która dopro­wadziłaby do kolejnego etapu zdemaskowania byłych tajnych agentów i byłych oficerów rezerwy służb specjalnych ZSRR. Adamkus zawetował tę ustawę, tym samym wzbudzając po­dejrzenia pod swoim adresem i dał powód swoim oponentom do dokładnego przyjrzenia się jego przeszłości.

W marcu 2014 r. znów przypomniała o sobie także prze­szłość Grybauskaite. Po wielu skandalach dotyczących sekre­tów w biografii Prezydent Grybauskaite, które zatrzęsły całą Litwą, jej przeszłością zainteresowano się również na Ukrainie. W marcu 2014 r. historia na temat okresu, który Grybauskaite spędziła w Leningradzie, została opublikowana przez ukraiń­ską agencję informacyjną Strajk[11]. Po zakończeniu nauki na uniwersytecie Grybauskaite trzydzieści lat temu wyjechała z tego miasta, które teraz znów o sobie przypomniało. Przy tym informacje, do których udało się dotrzeć dziennikarzom, okazały się na tyle ważne, że znów zaczęły pojawiać się nowe pytania.

Fakt, że Grybauskaite była aktywistką komsomołu i zacię­cie agitowała na rzecz władzy sowieckiej, obecnie nikogo już nie dziwi. „Ona nie posiada przekonań” – pisała Janutiene.

Potwierdzenie znalazła informacja dotycząca tego, że Grybauskaite nigdy nie pracowała w fabryce futer Rot-Front, gdzie – jak sama opowiadała – było jej bardzo trudno: jako studentka wydziału ekonomicznego zmuszona była cią­gnąć ciężkie wózki i pracować w warunkach szkodliwych. Rozmówcy dziennikarzy zapewniają, że Grybauskaite nigdy nie pojawiła się w halach fabryki. Bywała na terenie fabryki tylko w jednym celu – żeby wygłaszać wykłady na temat tego, jak wrogowie z USA chcą zaszkodzić pracowitemu narodowi sowieckiemu.

Portal ukraiński opisuje tę sprawę następująco: „W 2009 r., gdy Grybauskaite wygrała wybory prezydenckie, w jednym z wywiadów, w którym odpowiadała na kolejne podejrzenia dotyczące kontaktów z sowieckimi służbami specjalnymi, wy­powiedziała następujące słowa: »Nigdy nie miałam żadnych kontaktów z KGB. Niezbyt szybko pięłam się po szczeblach ka­riery Nie byłam interesującym egzemplarzem dla KGB, ponie­waż uczyłam się wieczorowo na Uniwersytecie Leningradzkim i byłam szeregową robotnicą w fabryce futer, w której pracowa­łam fizycznie, ciągnąc ciężkie wózki« (gazeta »Kommersant« z 18 maja 2009 r.)”.

Zaraz, zaraz. jakie ciężkie wózki? Jak wynika z opo­wiadań pracowników fabryki Rot-Front z tamtych czasów, Grybauskaite po prostu była wpisana na listę pracowników. Ale przy produkcji w rzeczywistości nie pracowała. Za to od razu dostała się do biura, gdzie tak naprawdę harowała (po­czątkowo w komitecie komsomołu, później w komitecie par­tii). Pojawia się kolejne pytanie: po co ukrywać takie drobia­zgi? Przecież wszystko można łatwo sprawdzić.

Z biografii Dalii Grybauskaite wynika, że początkowo ob­sługiwała stanowisko przyjmująco-wydające w hali nr 1 fa­bryki (to bardzo szkodliwa dla zdrowia praca – chemiczna obróbka skór; często wymieniali się tam pracownicy, a dłużej pracowali tylko najbardziej wytrwali – nie było też problemu, żeby załatwić tam komuś pracę), a później pracowała jako laborantka w fabrycznym laboratorium. Tyle tylko, że pra­cownica hali nr 1 fabryki Jelena Kazancewa, która pracowała tam w tym samym czasie, uważa, że Grybauskaite była jedną z martwych dusz:

„W tym czasie często na listy wpisywano »martwe du- sze«, które na papierze zaliczano do robotników, ale tak na­prawdę nie miały żadnego związku z produkcją – opowiada Kazancewa. – Najczęściej dotyczyło to sportowców (w czasach sowieckich nie istniał sport zawodowy w ZSRR, a ci wszy­scy, którzy uprawiali go profesjonalnie, byli zapisywani jako robotnicy jakiegoś przedsiębiorstwa, ewentualnie »służyli« w armii). Ale istniała jeszcze jedna bardzo obszerna kategoria ludzi – działacze społeczni i partyjni, którzy z powodu masy obowiązków partyjnych po prostu nie mieli czasu na pracę, a w komitetach partii, organizacjach zawodowych czy komso- molskich po prostu brakowało wolnych etatów. Dlatego reje­strowano ich jako zwykłych robotników, chociaż w rzeczywi­stości nie pojawiali się w fabrykach. Ewentualnie przychodzili, żeby wygłosić trochę propagandy albo wykład o sytuacji mię­dzynarodowej. Grybauskaite zajmowała się właśnie taką dzia­łalnością. A do tego – jak pamiętam – przygotowywała gazetkę ścienną.”.

Inna pracownica fabryki, która pracowała w radzie zakła­dowej, przypomniała sobie, że Grybauskaite szczególnie anga­żowała się we wszelkie przedsięwzięcia o charakterze politycz- no-ideologicznym – np. podczas czynu społecznego „starała się dawać wszystkim przykład i zachęcała, by pracować jak najlepiej”.

Dziennikarze ukraińscy piszą, że Grybauskaite, która dosta­ła się na Uniwersytet Leningradzki, miała na maturze same trójki i to właśnie fikcyjne doświadczenie w pracy w fabryce, jak również aktywne uczestnictwo w szerzeniu propagandy komunistycznej, pomogły jej w dostaniu się na studia. „Chcesz dostać się do prestiżowej szkoły, a masz słabe oceny na świa­dectwie? Musisz udowodnić, że jesteś robotnikiem – przy­nieś zaświadczenie z fabryki – i to nie zwykłym, ale ideowym (14 lat w komsomole!). To właśnie tutaj potrzebny będzie rok stażu kandydackiego. A żeby nie zagonili cię do pracy w fabry­ce, trzeba. wykazać zapał ideologiczny! Niech wózki w szko­dliwych warunkach fabryki pcha ktoś inny. Wygłaszanie wykładów na temat propagandy komunistycznej jest znacznie bardziej komfortowe i korzystne dla dalszej kariery.

Właśnie w czasie pracy w fabryce Rot-Front Grybauskaite dała radę nie tylko zostać kandydatem do partii komunistycz­nej, ale również odpracować staż kandydacki. Można było wykonać to w ciągu jednego roku tylko wtedy, gdy było się członkiem pewnej organizacji partyjnej. Potem wstąpiła do KPZR. Powstaje tylko pytanie: kiedy to nastąpiło? W 1979 r., jak twierdzi oficjalna biografia, czy może jednak w 1977

-     żeby uzyskać charakterystykę partyjną w celu przyjęcia na uniwersytet?

Trzeba zaznaczyć, że informacją polityczną w tych czasach zajmowali się wyłącznie specjalnie wyselekcjonowani ludzie. Tacy, którzy nie wzbudzali podejrzeń w organach partyjnych w kwestii ich gorliwego przywiązania do idei komunizmu. Organy partyjne w tej sprawie konsultowały się również z in­nymi organami – specjalnymi.”.

Wyjaśniło się, że fabryka Rot-Front była dla młodej Grybauskaite przykrywką. Przedsiębiorstwo znajdowało się pod specjalną kontrolą państwa (używano tam rzadkich substancji chemicznych, ale przede wszystkim fabryka pro­dukowała i dostarczała futra do krajów Europy Zachodniej), dlatego opiekę nad nim sprawował Komitet Bezpieczeństwa Państwowego.

KGB szczególną uwagę poświęcał wychodźcom z krajów nadbałtyckich: kontrolowano ich naukę, pracę, działalność społeczną, osiągnięcia sportowe, a nawet hobby.

W tym miejscu dziennikarze podają istotną informację: we- długuzyskanych przez nich danych Gryb auskaite zostałaprzyj ęta do fabryki w wyniku prośby jej ojca – partyzanta NKWD, który wykorzystał w tym celu swoje kontakty w KGB. Wiarygodny rozmówca powiedział dziennikarzom, że Grybauskaite nie była donosicielem KGB – zajmowała się bardziej „delikat­ną” pracą, przy czym od samego początku bardzo dbano o jej bezpieczeństwo.

„Niewiele osób wie, że w latach 70. fabryka Rot-Front była objęta szczególną kontrolą – wyjaśnił były współpracownik KGB Nikołaj Stiepanowicz, który nie chciał wymienić swoje­go nazwiska (obawiał się, by nie został okrzyknięty przestęp­cą wojennym – tak samo jak były dowódca „grupy A” KGB ZSRR Michaił Gołowaty, za którym wydano międzynarodo­wy list gończy z inicjatywy Litwy, a zatrzymano w Austrii w 2011 r.!). – Wiele osób uważa, że szczególną kontrolą obej­mowano tylko te przedsiębiorstwa, które były w ten lub inny sposób związane z przemysłem zbrojeniowym. Jednak to nie tak. Rot-Front był pod lupą KGB z dwóch powodów: po pierwsze, fabryka bez pośredników handlowała futrami z za­granicą, a jej pracownicy często tam wyjeżdżali. A po drugie, przy produkcji futer często stosowano substancje chemiczne, których skład był tajny Dlatego wszystkich przyjezdnych z kra­jów nadbałtyckich składających podanie o przyjęcie do pracy w takim zakładzie od razu kierowano do sprawdzenia przez nas”.

Jak twierdzi Nikołaj Stiepanowicz, osobiście pamięta Grybauskaite: do pracy w Rot-Froncie została przyjęta bez radnych rozmów. Jednak nie jako szeregowy robotnik, lecz od razu zosta3a „przypisana” jako aktywistka spo3eczna do biu­ra g3ównego. By3y wspó3pracownik KGB da3 do zrozumienia, se w oddziale leningradzkim wobec Grybauskaite odnoszono się ze szczególną uwagą. Szczególnie, że – według niektórych informacji – przyszła studentka po przyjeździe do Leningradu zamieszkała w mieszkaniu, które pod względem administra­cyjno-gospodarczym podlegało zarządowi KGB Leningradu i obwodu leningradzkiego.

„Mieliśmy wtedy wiele takich mieszkań – stwierdził Nikołaj Stiepanowicz. Niektóre były wykorzystywane jako miejsca spotkań konspiracyjnych, inne jako kwatery dla delegowanych z innych obwodów, jeszcze inne w innych celach. Nikt obecnie nie poda dokładnej liczby takich mieszkań, ale było ich wiele. A co dotyczy Grybauskaite, to była zameldowana pod jednym adresem, ale mieszkała zupełnie gdzie indziej. I nikogo to nie zaniepokoiło”.

W Związku Radzieckim, w którym obowiązywały restryk­cyjne przepisy meldunkowe, nikt nie zainteresował się tym, że dziewczyna z Litwy jest zameldowana w jednym miejscu, a mieszka zupełnie gdzieś indziej (albo na Wyspie Wasilewskiej przy Prospekcie Małym, albo przy ulicy Beli Kuna). Kto w to uwierzy? Czy to nie dziwne, że po dostaniu się na Uniwersytet Leningradzki Grybauskaite zrezygnowała z miejsca w domu studenckim? Kto pomógł jej rozwiązać problem mieszkanio­wy? Przecież nie daleka krewna z Kirowa. A może wynajmo­wała mieszkanie za własne pieniądze? Ale zarobki w fabryce, nawet po awansie na stanowisko laborantki i aktywistki par­tyjnej, osobie, która mieszka sama w Leningradzie i uczy się wieczorowo, nie wystarczyłyby na to. Zatem co?

Według Nikołaja Stiepanowicza do takiej sytuacji mogło dojść tylko w przypadku, gdy ktoś z kierownictwa KGB wspie­rał przyjezdną z Litwy. Ale podania więcej szczegółów na ten temat kategorycznie odmówił. Widocznie stwierdził, że powie­dział i tak już zbyt wiele, dlatego stanowczo zabronił wymie­niać jego nazwiska i odmówił dalszej rozmowy

W takim wypadku wersja może być tylko jedna: w spra­wie córki interweniował Polikarpas Grybauskas – litewski „czerwony partyzant” odznaczony orderem, współpracownik struktur przy NKWD. W lutym Grybauskaite była zmuszona publicznie stwierdzić, że jej ojciec nie był żadnym współpra­cownikiem NKWD, lecz po prostu pracował w straży pożar­nej. Jednak dokumenty świadczą coś innego: partyzant, potem przy NKWD.

Jeśli ojciec przyszłej prezydent mógł służyć w organach specjalnych, to znaczy, że mógł mieć również przyjaciół w Leningradzie, których poprosił o opiekę nad córką. Wtedy staje się jasne, w jaki sposób dostała się do pracy w ściśle kon­trolowanym zakładzie, dlaczego milicja nie zwracała uwagi na różnicę między adresem zameldowania a adresem faktycznego zamieszkania, w jaki sposób wspinała się po szczeblach kariery partyjnej, pojawiając się w fabryce w celach propagandowych i na czynach społecznych, przyjeżdżając do Leningradu jako komsomołka z trójkami na świadectwie, a wyjeżdżając jako pewna siebie komunistka z dyplomem obronionym z wyróż­nieniem i szerokimi perspektywami kariery (w końcu wzięto ją do pracy w wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej).

Sekrety przeszłości, ślady KGB niczym szkielety trupów w szafie – milcząco patrzą pustymi oczodołami z ciemności, czekając cierpliwie, kiedy je ktoś ruszy. Nadszedł ich czas.

Dziennikarka Janutiene opowiadała o tym, jak grupa mło­dych ekonomistów-reformatorów działała w Leningradzie zgodnie z wytycznymi szefa KGB Andropowa. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że ważną rolę w działalności tej grupy pełnił Wadim Miedwiediew – absolwent Uniwersytetu w Leningradzie, doktor habilitowany w zakresie nauk ekono­micznych, były sekretarz komitetu partii w Leningradzie.

Profesor Uniwersytetu Europejskiego w Petersburgu, absol­went wydziału ekonomicznego Uniwersytetu Leningradzkiego Dmitrij Trawin (uczył się tam w tym samym czasie, co Grybauskaite) opisuje jego pracę następująco: „Ponieważ w la­tach 80. XX w. to właśnie partie »braterskie« najbardziej ak­tywnie zajmowały się przemianami rynkowymi, Miedwiediew mógł być w pewnym stopniu uważany za specjalistę, który po­siada postępowe doświadczenie zagraniczne. Był to człowiek niewyrazisty, zamknięty i skupiony na sobie. Nie posiadał żadnych cech lidera. Nieprzypadkowo mało kto go zapamiętał nawet w czasach, gdy był jedną z pierwszych twarzy w kraju.

Ale Miedwiediewa cechował upór nietypowy dla polityków kremlowskich, dokładne rozpoznanie zadań i dążenie do ich rzeczywistego rozwiązania. W tym czasie jego prostolinijność uważano zapewne za prymitywną, jednak po dwudziestu kil­ku latach wydarzenia ocenia się zupełnie inaczej”.

Niewyrazisty, ale za to bardzo uparty Cóż za podobna cha­rakterystyka!

Do 1983 r. stał na czele Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR w Moskwie. W latach 80. to właśnie on sprawo­wał z polecenia Andropowa opiekę nad kontaktami z partia­mi komunistycznymi krajów socjalistycznych. Bardzo blisko współpracował z Olegiem Ożereljewem – dziekanem wydzia­łu ekonomicznego Uniwersytetu Leningradzkiego, na którym studiowała Grybauskaite.

Krąg się zamyka. Przecież to właśnie Wadim Miedwiediew był przewodniczącym Komisji do spraw Krajów Bałtyckich za rządów prezydenta Gorbaczowa. To właśnie Miedwiediew próbował dokończyć to, czego nie zdążył zmarły Andropow

-     projekt reform gospodarczych Związku Radzieckiego stwo­rzony przy pomocy młodych ekonomistów z Uniwersytetu Leningradzkiego, gdzie na wydziale Ożereljewa studiowała Grybauskaite.

Czy przypadkowo Ożereljew zostanie później doradcą Gorbaczowa w sprawach gospodarki, a Miedwiediew jego starszym doradcą?

Miedwiediew doskonale rozumiał, jaki los czeka ZSRR (być może tę prognozę podpowiedział mu Andropow), ponieważ stał również na czele Komisji do spraw Ideologii przy KC KPZR i widział, na skraju jakiej przepaści stoi Związek Radziecki. Potrzebni byli ludzie, przez których można by wpływać na sytuację w niepodległych krajach również po rozpadzie impe­rium.

Wybrać z terenu republik ludzi najbardziej zaangażowanych ideologicznie, z biografią „zaplamioną” w ocenie Zachodu (jeśli ojciec był w NKWD, to idealnie), z tego powodu łatwych do sterowania, wypróbować ich we współpracy wewnętrz­nej, włączyć w „najwyższy krąg” zaufania, przeprowadzić do­słownie za rękę po stopniach kariery poprzez Akademię Nauk Społecznych przy KC KPZR. I pretendent na stanowisko prezy­denta republiki gotowy! Teraz trzeba tylko poczekać.

Grybauskaite obroniła swoją dysertację na akademii par­tii komunistycznej, gdy kierował nią Rudolf Janowski. Został jej rektorem od razu po Miedwiediewie. „Człowiek z podwój­nym dnem”, „zahartowany bojownik frontu ideologicznego

-    wszystko wiedzący, wszystko rozumiejący, sprytny i wpraw­ny” – tak na jego temat wypowiadał się kolega z pracy Michaił Kaczan.

Jak zapisano w biografii Janowskiego, jest „uznanym spe­cjalistą w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego, socjologii świadomości społecznej”. Obecnie jest przewodniczącym rady redakcyjnej czasopisma „Bezpieczeństwo Eurazji”.

Kto zapewnia bezpieczeństwo Eurazji? Byli pracownicy na­ukowi Janowskiego, Miedwiediewa, Ożereljewa? Ci, którzy pod ich kierunkiem pisali rozprawy, pracowali w tajnej grupie reformatorów, a potem otrzymywali stanowiska? Ci, którym w karierze pomagał wszechmogący KGB?

W 2011 r. rosyjski historyk Paweł Stroiłow, który wyemi­grował z Rosji do Wielkiej Brytanii upublicznił tysiące po­siadanych przez niego dokumentów z prywatnego archiwum Gorbaczowa. „Te dokumenty pokazują nie mniej ważne pryn­cypialne wytyczne Gorbaczowa, według których wcale nie miał zamiaru zapewnić Litwie i innym republikom nadbałtyc­kim, a także Gruzji i Azerbejdżanowi pewnej niezależności”

-    oświadczył Stroiłow. W jego ocenie Gorbaczow całkowicie poparł słynne wystąpienie Putina w Monachium, poparł woj­nę Miedwiediewa i Putina z Gruzją, ostatecznie poparł Kreml w konflikcie związanym z „brązowym żołnierzem” w Tallinie. Tak naprawdę Gorbaczow tylko udaje krytyczne nastawienie, jednak w rzeczywistości jest lojalny wobec obecnego władcy Kremla – Putina.

W takim wypadku kiedy (w którym konkretnie roku) na­rodził się plan zakładający wybranie całej hordy młodych ko­munistów z terenu republik radzieckich w celu ich przekucia w podwójnych agentów, a następnie awansowania przy nie­mym poparciu partii komunistycznej, a jeśli ta w rezultacie przemian przestanie istnieć, to swoje zadanie wypełni KGB i spełni plan Andropowa? Kto jest wtajemniczony w szczegóły tego planu? Andropowa już nie ma wśród żywych. Ale pytania można zadać Gorbaczowowi. I Putinowi.

A może lepiej nie zadawać takich pytań? Przecież służby specjalne nie mają zwyczaju wydawać swoich tajnych agentów. Kto może potwierdzić, że wśród liderów niepodległych państw dawnego ZSRR nie ma podwójnych agentów KGB, który na rozkaz Kremla wymyślił tę sprytną i wielowątkową kombina­cję trzydzieści lat temu?

A może rację ma Oleg Greczeniewski zapewniający, że całe terytorium Litwy jest kontrolowane przez dwa klany FSB, mo­skiewski i petersburski, które dzierżą tak naprawdę władzę, a słowa i czyny polityków to tylko zasłona dymna? Kim w ta­kim wypadku jest Grybauskaite – protegowana Brazauskasa mającego związki z klanem moskiewskim KGB, a jednocześnie protegowana Landsbergisa, który ma poparcie wśród klanu le- ningradzkiego KGB. Czyżby była podwójną agentką?

Czy odpowiedzią będzie milczenie?

A może odpowiedzią będzie ta dziwna podwójna polity­ka wobec putinowskiej Rosji, którą Grybauskaite prowadziła przez ostatnie pięć lat i – najprawdopodobniej – będzie prowa­dzić przez kolejne pięć, jeśli wygra wybory?

Gdy mówi się o strasznych atakach ze strony Kremla, to w rzeczywistości robi się wszystko, żeby szczyt Partnerstwa Wschodniego w Wilnie się załamał i żeby Ukraina pogrążyła się w chaosie, na który, patrząc z wysokości swojej trybuny olimpijskiej, Putin tylko się uśmiechnął, a ratować demokra­cję na Ukrainie i odpierać agresję Kremla przyszło całej Unii Europejskiej?

Gdy mówi się o partnerstwie z Polską, a w rzeczywistości dyskryminuje się Polaków mieszkających na Litwie?

Gdy mówi się o bezpieczeństwie energetycznym wszystkich krajów bałtyckich, a w rzeczywistości Litwa sama niweczy plan budowy własnej elektrowni atomowej, którą była zainte­resowana również Polska?

Gdy mówi się o wpływie putinowskich służb specjalnych na Litwie, a w rzeczywistości na wolności pozostaje polityk- -skandalista Uspasskich, na temat którego krążą pogłoski, że jest podobno agentem wywiadu rosyjskiego?

Gdy mówi się o sankcjach wobec reżimu Łukaszenki, a w rzeczywistości Wilno wydaje Mińskowi wszystkie tajne dane dotyczące białoruskich obrońców wolności?

Gdy mówi się.

Jak wiele jest takich „gdy”?

Szarzy ludzie z podwójnym dnem, stalowym spojrzeniem i bez przekonań, którzy są w stanie dostosować się do każdego reżimu politycznego i trzymają się władzy do ostatniego tchu, niszcząc oponentów przy pomocy służb specjalnych, mnożąc przy tym wzajemną podejrzliwość i brak zaufania.

Kiedy oni w końcu odejdą z życia politycznego naszego są­siada – Litwy, która, jak twierdzi jej były prezydent Adamkus, nadal jest daleka od demokracji? Jak sam liczy – za dziesięć lat.

A może nigdy?

Przecież KGB nie wydaje swoich ludzi.

 

Dział Kadr NKWD Litewskiej SRR 30 X 1945 r.

 

 

 

DO NACZELNIKA KIEJDAŃSKIEGO ODDZ. NKWD

m. Kiejdany

 

 

 

GRYBAUSKAS Polikarp Wincewicz, urodzony w 1928 r. we wsi Liaubarą (okręg kiejdański) pracuje w Zmilitaryzowanej Straży Pożarnej NKWD m. Wilna. W ankiecie osobowej zapisał, że od 1928 do 1944 r. oraz w czasie okupacji niemieckiej zamieszkiwał w miej­scu urodzenia i był członkiem oddziału partyzanckiego, od lipca 1944 do 1945 r. pracował jako milicjant w kiejdańskim oddziale NKWD. Nie posiada krewnych.

Proszę o potwierdzenie powyższych danych i informację na temat sytuacji socjalno-majątkowej oraz czy są w posiadaniu materiały kompromitujące sprawdzanego, a także jego krew­nych.

Zebrane materiały proszę przesłać na adres: m. Wilno, Dział Kadr NKWD Litewskiej SRR.

ZAST. NACZ. OK NKWD LIT. SRR

PODPUŁKOWNIK

NACZ. 4 ODDZ. OK NKWD LITEWSKIEJ SRR

/DEJEW/

Sporządził: Nikitin.

Do Rektora Wileńskiej WSP tow. Szymkusa S.A.

st. wykładowca Katedry Ekonomii Politycznej Grybauskaite D.P.

Podanie

Proszę o udzielenie mi poza kolejnością urlopu za 1986 rok od 28 marca do 12 kwietnia 1986 roku w związku z wyjazdem za granicę w charakterze kierownika grupy.

01.03.1986

(podpis nieczytelny)

powyżej: „zgoda – w zarządzeniu”, podpis: S. Szymkus

poniżej:       „Wyrażam zgodę”, data: 5 III 86, podpis nieczytelny

„Zgoda”, data: 5.03.86, podpis nieczytelny data: 4.03.86, podpis nieczytelny

poniżej:       14  dni rob.

Zarz. nr 57 z dn. 7 marca 1986 r. podpis nieczytelny

ZAŚWIADCZENIE

Grybauskaite Dalia Polikarpo przedkłada się do zatwierdzenia

KC Partii Komunistycznej Litwy

pracuje współpracownik cywilny Katedry Ekonomii Politycznej ANS przy KC KPZR

data urodzenia 1.03.1956 miejsce urodzenia m. Wilno

członek KPZR od 06.1979 nr legitymacji partyjnej 17760411

ukończył (kiedy, co) w 1983 r. Uniwersytet Leningradzki im. Żdanowa (wieczorowo)

specjalność ekonomista, wykładowca ekonomii politycznej jakimi włada językami obcymi

nałożone kary partyjne                  pobyty za granicą (kiedy, gdzie)

(jakie, kiedy, przez kogo nałożone i za co)

brak                                                    1972 – PRL, 1980 – Węgry

 

 

 

nagrody państwowe (jakie) brak

czy jest członkiem Rady Najwyższej, rady miejskiej, członkiem biura komitetu partii, komitetu rejonowego, KC partii republiki (jakiej)

 

 

 

nie

 

PRACA W PRZESZŁOŚCI

 

 

 

1975 – 05.1976

05.1976 – 02.1983

03.1983    – 05.1983

06.1983    – 09.1984

09.1984    – 02.1985

02.1985    – 09.1987

10.1987 – nadal

Kier. działu kadr „24” maja 1988 r.

inspektor kadrowy Filharmonii Państwowej Litewskiej SRR, m. Wilno

robotnik przyjmująco-zdający, laborant fabryki futer nr 1 Leningradzkiego Zjednoczenia Wytwórczego Rot-front, m. Leningrad

sekretarz wykonawczy Akademii Nauk Lit. SRR (tymczasowo) stowarzyszenie „Wiedza” Litewskiej SRR, m. Wilno

kierownik Zakładu Gospodarki Rolnej Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej

wykładowca Katedry Ekonomii Politycznej Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej

st. wykładowca Katedry Ekonomii Politycznej Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej

współpracownik cywilny Katedry Ekonomii Politycznej ANS przy KC KPZR

(podpis nieczytelny) M. Sikorskiene

 

PROPOZYCJE SKIEROWANIA PRACOWNIKA

(kto składa propozycję skierowania, czym jest spowodowana, mo­tywy wysunięcia danej kandydatury, kto sprzeciwia się kandydatu­rze i z jakiego powodu)

CHARAKTERYSTYKA

Grybauskaite Dalii Polikarpo, urodzonej w 1956 r., Litwinki, wykształcenie wyższe, członek KPZR od 1979 roku

Tow. Grybauskaite D.P. przed zatrudnieniem w Wyższej Szkole Partyjnej studiowała wieczorowo na Leningradzkim Uniwersytecie Państwowym oraz pracowała w fabryce futer nr 1 w Leningradzie jako robotnik. Była członkiem kolegium redakcyjnego gazety zakła­dowej, organizatorem wykładów w fabryce i członkiem grupy kon­troli ludowej. Na uniwersytecie została wybrana przewodniczącą Rady Studentów Wydziału Ekonomicznego. W 1983 roku ukończyła z wyróżnieniem Wydział Ekonomiczny Uniwersytetu w Leningradzie ze specjalizacją: ekonomia polityczna.

W 1983 roku została przyjęta do pracy w Wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej na stanowisko kierownika Zakładu Gospodarki Rolnej, a w 1984 roku przeniesiona na stanowisko wykładowcy w Katedrze Ekonomii Politycznej.

W trakcie pracy w katedrze tow. Grybauskaite D.P. przygotowała i przeprowadziła zajęcia z przedmiotów: ekonomia polityczna ka­pitalizmu oraz ekonomiczna i polityczna mapa świata, prowadzi­ła również zajęcia praktyczne z ekonomii politycznej socjalizmu. W tym czasie zdała wszystkie egzaminy w przewodzie doktorskim (z ocenami „dobry” i „bardzo dobry”), przygotowała i opublikowała szereg prac naukowych (artykułów i tez), napisała pierwszą wersję rozprawy doktorskiej. Od 1985 roku jest nieetatowym współpracow­nikiem Katedry Ekonomii Politycznej Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR i pracuje nad zatwierdzonym tematem pod kierun­kiem profesora Susłowa I.F.

Tow. Grybauskaite D.P. pomyślnie łączy pracę z działalnością par­tyjną i społeczną. Została wybrana na członka szkolnego komitetu zakładowego, jest kuratorem grupy szkoleniowej, członkiem Rady Biblioteki szkoły, zastępcą przewodniczącego grupy związku zawo­dowego katedry. Polecenia wypełnia sumiennie.

 

Jest dobrze wyszkolona politycznie, zasadnicza, posiada stałe wartości moralne. Wyróżnia się pracowitością i ukierunkowaniem na osiągnięcie wyznaczonych celów. Cieszy się autorytetem wśród kolektywu. Jest wymagająca wobec siebie, swoich kolegów i słucha­czy szkoły. Broniąc swoich poglądów niekiedy przejawia pewną za- palczywość.

Za sumienne wypełnianie zadań i aktywny udział w życiu spo­łecznym szkoły została wyróżniona przez rektora.

Jako młody pracownik, Grybauskaite D.P. powinna podwyższać swoje kwalifikacje, pogłębiać wiedzę naukową i praktyczną w zakre­sie partyjnego kierowania gospodarką narodową.

Charakterystykę sporządzono w celu przekazania do Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR.

Charakterystyka została zatwierdzona na zebraniu szkolnego ko­mitetu partii protokołem nr 16 z dn. 19 marca 1987 r.

Rektor Wileńskiej

Wyższej Szkoły Partyjnej                      (podpis)                        S. Szymkus

Sekretarz Komitetu Partii                     (podpis)                             R. Milto

Przewodniczący Komitetu

Zakładowego                                           (podpis)                V Lukosevicius

(pieczęć okrągła: Wileńska Wyższa Szkoła Partyjna Komitetu Partii Związku Radzieckiego)

30 marca 1987 r.

ARCHIWUM AKT SPECJALNYCH LITWY

PRACOWNICY MINISTERSTWA SPRAW WEWNĘTRZNYCH (MSW) LITEWSKIEJ SRR ZBIÓR AKT OSOBOWYCH NR V-4

POLIKARPAS GRYBAUSKAS, VLADO, ur. w 1928 r., rejon kiejdański Akta osobowe pracownika MSW Litewskiej SRR

Akta rozpoczęto: 1945-08-14 Akta zamknięto: 1958-07-05

Przechowywać bezterminowo.

 

(miejsce na zdjęcie)

ANKIETA OSOBOWA DO EWIDENCJI KADROWEJ

Nazwisko Grybauskas imię Polikarpas imię odojcowskie Vlado

  1. płeć męska
  2. rok i miesiąc urodzenia 1928
  3. miejsce urodzenia wieś Liaubaru (okręg kiejdański)
  4. obywatelstwo litewskie
  5. sytuacja socjalna a) dawna warstwa społeczna (rodziców)

z robotników b) główne zajęcie rodziców przed Rewolucją Październikową   po Rewolucji Październikowej

  1. główne zajęcie / zawód przed wstąpieniem do partii brak
  2. status społeczny pracownik
  3. partyjność_________
  4. przez jaką organizację został przyjęty do KPZR___________
  5. staż w partii_______ nr legitymacji_________

lub k/kart._____________

  1. staż w WLKZM od 1945 r. do_____
  2. członkowstwo w innych partiach (jakie, gdzie, w jakim okresie) nie
  3. wcześniejsze członkowsko w KPZR nie od kiedy do kiedy_____

oraz przyczyny wykluczenia lub wystąpienia______________

  1. czy występowały wahania w linii partii i czy był członkiem opozycji (jakiej, kiedy)
  2. wykształcenie 5 klas

 

 

 

  1. posiadany dorobek naukowy lub wynalazki (tak/nie) nie (wykaz prac naukowych i wynalazków ze wskazaniem tematyki i miejsca publikacji należy dołączyć jako załącznik)
  2. pobyty za granicą – własne lub krewnych (tak/nie) nie

 

 

Doświadczenie zawodowe Polikarpasa Grybauskasa w czasie

II   Wojny Światowej. W latach 1940-1941 był pracownikiem na­jemnym w okręgu kiejdańskim, w latach 1941-1943 nie pracował i zamieszkiwał w okręgu święciańskim, w latach 1943-1944 przyłą­czył się do czerwonych partyzantów (opowiadających się po stronie Armii Czerwonej ZSRR), był członkiem oddziału „Birutis-4” dzia­łającego na terenie okręgu poniewieskim. W roku 1944, gdy umoc­niła się władza radziecka na Litwie, wstąpił do sowieckiej milicji, a w 1945 roku – do pracy w strukturach działających przy MSW (NKWD) – zmilitaryzowanej straży pożarnej, która ochraniała obiekty specjalne.

 

ZOBOWIĄZANIE

Ja, niżej podpisany (nazwisko, imię, imię odojcowskie) Grybauskas P.V

w czasie służby lub po zwolnieniu z niej niniejszym zobowiązuję się do utrzymania w najściślejszej tajemnicy wszystkich informacji i danych o pracy organów i wojsk NKWD, a także pod żadnym po­zorem nie upubliczniać ich oraz nie dzielić się nimi nawet z najbliż­szymi krewnymi i przyjaciółmi. W przypadku, gdybym zajmował się działalnością literacką lub sceniczną zobowiązuję się pod żad­nym pozorem nie rozgłaszać wprost lub pośrednio, a także w druku (periodycznym lub nieperiodycznym), scenariuszach, dysputach li­terackich itp. oraz wystąpieniach informacji o działalności WCzK- GPU-NKWD w przeszłości i obecnie, a w przypadku, gdy wyżej wymienione materiały w formie rękopisów są już przygotowane do druku, nie sprzedawać ich wydawnictwom bez zgody odpowiednich organów NKWD przekazując wszystkie materiały do przejrzenia i sankcji wyżej wymienionych organów.

Niewypełnienie któregokolwiek z powyższych zobowiązań grozi pociągnięciem mnie do odpowiedzialności, zgodnie z odpowiednimi przepisami Kodeksu Karnego.

Własnoręczny podpis: Gribauskas P.

„20” września 1945 r.

Wnioski MSW Litewskiej SRR objęte klauzulą „ściśle tajne” z dn. 10 czerwca 1947 r. dotyczące rezultatów kontroli specjalnej P. Grybauskasa: dokonano sprawdzenia w miejscu urodzenia, w 1 oddziale specjalnym MSW Litewskiej SRR, oddziale „A” Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Litewskiej SRR, 1 od­dziale specjalnym MSW ZSRR, oddziale „A” MBP ZSRR. Nie znale­ziono negatywnych danych. P. Grybauskas znajdował się na terenie Litewskiej SRR okupowanej przez Niemców w latach 1941-1944, w tym czasie był członkiem oddziału partyzanckiego. To oznacza, że Polikarpas Grybauskas został uznany za człowieka całkowicie po­słusznego władzy radzieckiej, „swojego” człowieka.

 

WILEŃSKA WYŻSZA SZKOŁA PARTYJNA

Wyciąg z zarządzenia nr 57 z dnia 7 marca 1956 roku

§ 3

W celu wyjazdu w charakterze kierownika grupy do Polski, Czechosłowacji, Węgier i NRD udziela się urlopu st. wykładowcy Katedry Ekonomii Politycznej tow. Grybauskaite D.P. w wymiarze 14 dni roboczych – od 28 marca do 12 kwietna br. z przysługującego urlopu za rok 1986.

Rektor Wileńskiej WSP                     podpis                   (S.  Szymkus)

Wyciąg zgodny z oryginałem:

kier. kancelarii (podpis nieczytelny)                              W  Moisiejewa

(pieczęć okrągła: nieczytelna)

 Dossier Szkar_atnej Magnolii